No nie chciało się wstawać. A wschód jest bardzo wcześnie. Jednak widoki wynagrodziły trud i to nic, że nogi po kolana w rosie, a rower bezwględnie do mycia. Poparzenia pokrzywami to tylko mały dodatek do przygody.



No nie chciało się wstawać. A wschód jest bardzo wcześnie. Jednak widoki wynagrodziły trud i to nic, że nogi po kolana w rosie, a rower bezwględnie do mycia. Poparzenia pokrzywami to tylko mały dodatek do przygody.



Totalnie ostatnimi czasy zjechałem rowerem na drogi, którymi do tej pory nie jeździłem. Na, jak to nazywam, beztwardodroża. Drogi, których zazwyczaj nie ma na mapach, a którymi, jeśli jest sucho, da się przejechać rowerem.
Często nagle się kończą, albo prowadzą nie wiadomo dokąd i trzeba zawrócić. Ale też często prowadzą mnie w miejsca, o jakich istnieniu w bliskiej okolicy, by mi się nie śniło. Jak wczoraj wspominałem, rzadko fotografuję, ale w niektóre z tych miejsc koniecznie muszę wrócić z weną fotograficzną.




Jakoś tak w maju straciłem chęć do robienia zdjęć. Pochłonął mnie rower i, mimo że aparat zawsze jest w sakwie, to rzadko, albo wcale go nie wyciągam. Czasem pstryknę zdjęcie na pamiątkę smartfonem.
Po wielu latach fotografowania doszedłem do tego miejsca, że wolę przystanąć, popodziwiać, a nie sięgać po aparat. A o wschodzie, czy zachodzie słońca wolę odpoczywać i regenrować się na następne rowerowe wypady, niż jechać w plener. Pewnie to chwilowe, przynajmniej mam taką nadzieję.




Nie chce się roano wstać. Bo ciepłe łóżko, bo na zewnątrz tylko kilka stopni. Bo świt jest bardzo wcześnie. Ale jeśli w perspektywie mamy taki klimat….



W mojej okolicy kwitną już akacje. Wsiadłem na rower i podjechałem obadać, czy te „moje” też już kwitną.
Kwitną 😉




Jak to szybko minęło. Dopiero czekaliśmy na wiosnę, a tu już prawie połowa maja. Nieustannie zachwycam się widokami w bliższej i dalszej okolicy.




Dzięki zabawie terenowej „squadrats”, a konkretnie squadrations, o której tu już wspominałem, trafiam na tak nieprawdopodobnie piękne miejscówki, że aż ciężko uwierzyć, że mając je tuż pod nosem, wcześniej o nich nie wiedziałem.



Zieleń już nie jest wiosenna. Ma już mocno ciemniejszy odcień. Wszystko w tym roku szybciej. I ja to lubię, bo dużo lepiej się jeździ rowerem w ciepełku, niż w chłodzie.



I nieuchronnie nadszedł koniec majówki. Dla mnie to było sześć dni wolnych od pracy i od wszystkiego. Moim postanowieniem było codziennie jeździć rowerem, ale niezbyt długie dystanse, aby się nie wypompować za szybko.
Udało się i wpadło równe trzysta kilometrów. Głównie na odkrywaniu najbardziej nieoczywistych miejscówek w bliższej i raz dalszej okolicy. Zdjęciowo tak sobie, bo szczerze mówiąc, nawet nie chciało mi się sięgać po aparat.



Majówko trwaj! Pogodo nie psuj się! Czas mija nieubłaganie i za dwa dni koniec majówki.



