Łanie i sarny

Kto powiedział, że nie można tropić dzkiej zwierzyny rowerem? Jasna sprawa, że można. Wcześniej pokonywałem kilometry lasu na nogach, ale od jakiegoś czasu wybieram się w las rowerem w jednym celu – przypadkowo spotkać się z jeleniami lub sarnami.

I w sobotę szczęście mi dopisało. Ruszyłem kótko po świcie i tych przypadkowch spotkań miałem kilka. W większości nie zdążyłem zrobić zdjęcia, ale dwa razy się udało. Najpierw łanie – mama z partnerką i ich córka 😉 Te jednak szybko się rozeszły, ale chwilę później spotkałem dwie młodziutkie sarny i bohaterkę drugiego planu za nimi.

Zapisane w głowie

Zabiorę Was dziś ze sobą na chwilę do lasu. Chyba w piątek (już się gubię gdzie kiedy byłem) spędziłem ze sześćdziesiąt kilometrów w lesie. Większość znanych mi ścieżek i kilka nowych. Było rześko i mgliście. I spokojnie. Cicho. Delikatne mgły tworzyły wspaniały klimat sprawiający, że te kilka godzin niepostrzeżenie minęło. Zostały obrazy, zapachy i dźwięki zapisane w głowie.

Bardzo długo

Planując trasy rowerowe, zaczynam je z domu, albo podjeżdżam z rowerem na dachu auta w jakieś miejsce. Ważne jest, by tak zaplanować trasę, aby podczas tych pierwszych chwil świtu znaleźć się w jakimś fajnym miejscu z widokiem na horyzont.

No i żeby wystartować o odpowiedniej porze, bo inaczej trzeba byłoby tam czekać i marznąć. A poranki ostatnio są naprawdę zimne. Rano potrafi być 7°C, a kiedy kończę trasę 27°C. I jak tu się ubrać? Zazwyczaj wracam z sakwą wypchaną ciuchami, które co kilka stopni zrzucam z siebie 😉

Pogoda jest do zndzenia co rano taka sama. Zero chmur i zamglenia. Mnie to sie nie nudzi. Może tak być baardzo długo.

Tyłek tego nie lubi

Piątkowy poranek postanowiłem spędzić na nizinach. Nie ma tam tak spektakularnych widoków o poranku, jak na pagórkach, ale chciałem pojeździć też trochę po płaskim terenie. Trasę ułożyłem tak, aby na wschód słońca załapać się nad pobliskim zalewem. Przyznam, że spodziewałem się większego zamglenia, no ale tam akurat go nie było.

Mimo to świt był bardzo klimatyczny i naładował mnie optymistycznie na kolejną setkę na dwóch kółkach. Tym razem ponad połowa trasy po leśnych szutrach. Tyłek tego nie lubi, ale reszta mnie jak najbardziej. Cisza, zero ruchu, zero ludzi. Tylko ja i natura.

Byle używać

Nie znam się na aparatach fotograficznych, obiektywach i nie znam się na rowerach. Nie ślędzę nowości na rynku. Zdjęcia robię głównie na trybie półautomatycznym, a obsługa roweru skupia się na umyciu go od czasu do czasu i naoliwieniu łańcucha. Resztę zostawiam serwisantom.

Nie zaprzątam sobie głowy niepotrzebnymi sprawami, a skupiam sie na tym, aby i jeden i drugi sprzęt były używane i nie rdzewiały odłożone w kąt, bo najlepszy aparat to ten, który ma się przy sobie, a najlepszy rower to ten, który nie stoi nieużywany.

Na sto procent

Nie, nie. Nie zrobiłem w tym samym miejscu z tym samym drzewem czterech zdjęć. Zrobiłem ich o wiele więcej, tak mi się tam spodobało. Jedno niepozorne drzewko, parę beli i w tle cudownie zamglone pagórki. Widok tak hipnotyzujący, że zapamiętam go na bardzo długi i z pewnością będe wracał w to miejsce przy nadażających się okazjach.

Jedna z niedawno odkrytych miejscówek zupełnie niedaleko od domu. Raptem kilkanaście kilometrów od domu. Z dla od zabudowań. A to dla mnie bardzo ważne, bo tylko w takich miejscach potrafię się delektować przyrodą na sto procent.

Jedna droga, cztery kadry

Jeżdżę sobie i wyszukuję nowych kadrów w mojej okolicy, ale często wracam też na moje ulubione miejscówki, jak na przykład to. Pokręcona droga, zwykła niepozorna jakich wiele, ale ja lubię się tam zaczaić na jakoweś kadry.

To miejsce ma jakąś przyciągającą mnie moc. Tym razem o poranku, niedługo po wschodzie słońca z rowerzystą w roli głównej. W pierwszej chwili myślałem, że to grzybiarz z koszykiem na bagażniku, ale chyba jednak nie. Podejrzliwie się za mną oglądał, pewnie zastanawiał się kto jeszcze o tak wczesnej porze nie spi i włóczy się na rowerze 😉

Jeszcze nie jesień

Pierwszy września jest przyjęty jako początek meteorologicznej jesieni. Nie oznacza to, że od dzisiaj będzie szaro, zimno i mokro. Z całą pewnością czeka nas jeszcze sporo dni z piękną pogodą. Ja liczę na to szczególnie, bo przez urwanego kciuka jestem ponad miesiąc w plecy z rowerowymi wyprawami.

Tymczasem poniżej zbieranina kilku kadrów, które ostatnio wypatrzyłem jeżdżąc po mojej okolicy.

Myślę, że bardziej sielskiego obrazka już dziś nie zobaczycie. Miły starszy pan pasący krowy. Kiedy zobaczyłem ten widok, musiałem to uwiecznić, bo przypominało mi to żywo moje czasy młodości, kiedy normalne było pasanie krów 😉

Tę sobliwą kapliczkę już tu pokazywałem i nawet złościłem się, że ktoś koło niej postawił tę sofę. Teraz zmieniam zdanie. Całkiem mi sie to podba. Jest przez to inna niż wszystkie inne! 🙂

Wiecie, że lubię jak mi się układa w kadrze. Tutaj złapałem stadko któw z pięknie położynym kościołem w tle.

Zepsuty traktor w środku pół z dala od zabudowań? Ano bywa i tak. Bez koła czekał sobie spokojnie na mechaników.

Powalony na kolana

Słońce już wzeszło, ale schowane było jeszcze za chmurę. Wyjechałem na szczyt wzniesienia. Jeszcze kilkaset metrów i moim oczom ukazał się ten niezwykły widok. Morze mgieł w dolince. Już wiedziałem, że to będzie piękny poranek i że najlepsze przede mną, kiedy tylko wzejdzie słońce.

Zjechałem w tę wilgoć. Na dole widoczność sięgała miejscami maksymalnie kilkadziesiąt metrów. Wjechałem na kolejną górkę. Wtedy słońce już świeciło. Oniemiałem i widok prawie powalił mnie na kolana. Ale te zdjęcia to pokazywałem już wczoraj 😉

Po co się spieszyć

Kolejny cudowny poranek na dwóch kółkach. To jest coś pięknego móc się przemieszczać bez ograniczeń i podziwiać zmianiający się krajobraz i pogodę. Oczywiście rano, bo wtedy najwięcej się dzieje. Zwłaszcza przez ostatnie dwa tygodnie. W dzień ukrop, w nocy kilkanaście stopni chłodniej, ale rano dzięki temu cudowne mgiełki.

Tego dnia wziąłem urlop i chciałem dzień wykorzystać na maksa. Więc wyjechałem już przed świtem, trzy godzinki pojeździłem po okolicznych pagórkach, a kolejne już lajtowo po równinach. Sto sześdziesiąt kilometrów i prawie jedenaście godzin. No bo po co się spieszyć, skoro tyle dookoła rzeczy do oglądania.