Likwidacja wielkanocnych kalorii

Nie wiem, czy to była wyprawa rowerowa, czy bardziej przygoda survivalowa, ale jedno jest pewne – emocji nie brakowało! Na pierwszy ogień poszły polne i leśne drogi, które dawno zapomniały, że kiedyś były drogami. Błoto? Było. Wypychanie roweru pod górę? Też było – i to na drodze, która drogą może i była, ale za czasów Gomułki.

W pewnym momencie z krzaków wyskoczyło stado jeleni, a chwilę później moim oczom ukazało się bobrowe rozlewisko, skutecznie blokujące drogę. Przez moment zastanawiałem się, czy zamówić amfibię, czy jednak ryzykować objazd przez jeszcze większe wertepy. Ostatecznie wygrała opcja „jak już się ubrudzić, to na całego”.

Wszystko to okraszone było solidnymi podjazdami, gdzie tętno śmigało w okolice zenitu, a rower więcej stał w miejscu niż jechał. Ale za to widoki! Cisza, spokój i ani żywej duszy na horyzoncie. Tylko ja, rower i ścieżki, o których nawet Google zapomniał. W skrócie: najlepsze, co mogło mnie dziś spotkać, poza zjadaniem resztek z wielkanocnego stołu.

A…. i na dodatek Na dodatek, na tych polnych drogach, wertepach premium, natknąłem się na dwa pełnoprawne znaki drogowe! Jeden zakazywał ruchu w godzinach nocnych, a zakazywał ruchu pojazdów cięższych niż 3,5 tony! Na szczęście, ani jeden ani drugi mnie nie dotyczył 😀

Wertepy premium

33 wielkanocne kilometry po drogach, o których dawno zapomniano. Słowem – wertepy premium.
Ponieważ większość tras w okolicy mam już objechaną, przyszła pora na te, których nie ma nawet na mapach. A te – jak to zwykle bywa – często kończą się niespodziewanie: w środku lasu albo na środku pola.

Górki miejscami takie, że kręciłem ile sił w nogach, a rower… stał w miejscu. Tylko tylne koło się kręciło – do momentu, aż przestałem utrzymywać równowagę.
I niech mi teraz ktoś powie, że rower miejski nie nadaje się na takie wyprawy! 😄

Stałe miejsce

Jest takie miejsce niedaleko mojego domu, gdzie zawsze się zatrzymam… Kapliczka pod drzewami — moja stała miejscówka na rowerowych trasach.

Czasem robię tu zdjęcia, czasem tylko postoję i popatrzę przed siebie… a czasem po prostu łapię oddech po podjeździe, zanim ruszę dalej 😉

Niby zwykła kapliczka. A jednak jest w niej coś takiego, że trudno ją minąć obojętnie. Drzewa stoją jak wierni strażnicy, widoki cieszą oko, a aparat tylko czeka, aż znowu pójdzie w ruch.

Trzy akty jednego wieczoru

Rowerowa wycieczka, a w gratisie spektakl na niebie w trzech odsłonach!

🔸 Akt pierwszy: ciepłe barwy i zachmurzone niebo – myślę sobie: „Może coś z tego będzie?”…

🔹 Akt drugi: po zachodzie, zatrzymałem się na wiadukcie nad autostradą – chłodne odcienie, zupełnie inny klimat.

🔺 Akt trzeci: jazda zakończona, ale na niebie zaczyna się jeszcze lepszy spektakl. Patrzę w górę… i co widzę? Niebo w kolorze czerwonym!

Ktoś by powiedział, emocje jak na czeskim filmie! No raczej nie dla mnie, ja to uwielbiam 🙂

Rowerowe wyprawy: Więcej niż zdjęcia

Rowerowe wyprawy to pasja, która oprócz fotografii zdominowała ten blog. Czasem to tylko krótka przejażdżka po okolicy, innym razem długie trasy, które zostają w pamięci na długo. Każda wyprawa ma coś wyjątkowego – piękne widoki, momenty, które po prostu trzeba uchwycić na zdjęciu. Czasem jest to niezliczona liczba zdjęć, innym razem tylko jedno lub dwa. A wiele razy w ogóle nie fotografuję, tylko po prostu jadę. 🙂

Mimo zimna

W dzień cieplutko, a rano i wieczorem ziąb – tak wyglądała pogodowa rzeczywistość na początku ubiegłego tygodnia. Wyjeżdżałem z domu, było komfortowo, na powrocie musiałem ostrzej przycisnąć, żeby nie zmarznąć.

A tu jeszcze postój na parę minut, żeby zrobić zdjęcia. Mimo że wiało i w momencie się wychłodziłem, tego widoku nie można było ot tak odpuścić.

Zatrzymany czas i urokliwa dolina

Podczas jednej z wypraw trafiłem w leśny zaułek, gdzie pewnie od dawna nie stanęła ludzka stopa. Choć to może wydawać się dziwne, bo przecież prowadziła tu dróżka. Co prawda w pewnym momencie wyglądała tak, jak na zdjęciu nr 1, ale jednak.

Kawałek dalej trafiłem na miejsce o bajkowym wyglądzie. Powalone i zarośnięte mchem stare drzewa sprawiały wrażenie, jakby całe to miejsce zostało zapomniane przez czas.

Wyzwaniem było później wykaraskanie się z tej urokliwej doliny. Pod górę trzeba było wypychać rower. Po chwili w końcu udało mi się wydostać z lasu, gdzie czekał na mnie już zupełnie normalny krajobraz.

Błoto, drzewa i radziecka myśl techniczna

Polne drogi, tu i ówdzie lepkie błotko, samotne urokliwe drzewa i pamiętający jedynie słuszne czasy stary ZIŁ 157, spotkany zupełnie przypadkiem na jakimś placu.

Tak mniej więcej wyglądały moje ostatnie wyprawy rowerowe. Błoto dla treningu równowagi, polne krajobrazy dla ducha, a ZIŁ… no cóż, dla uświadomienia sobie, że mój rower, mimo braku napędu na wszystkie koła, i tak ma większe szanse na dalszą podróż 🙂

Gdzie koła rano niosą

Gdzie też Witku zawędrowałeś na swoim rowerze w ostatnich dniach?

Otóż pogoda była całkiem niezła, ale najbardziej w pamięci utkwił mi jeden z mglistych poranków. Takie właśnie lubię najbardziej – mimo porannego chłodu światło jest wtedy niepowtarzalne. A jeśli do tego dojdą delikatne mgiełki i to miękkie, niziutko rozlane światło… no, to już pełnia fotograficzno-rowerowego szczęścia!

Przedwiośnie na dwóch kołach

Marzec… Niby już nie zima, ale do wiosny jeszcze kawałek. Nie ma zieleni jak w maju, nie ma złotych liści jak jesienią, niby szaro, trochę buro, ale w powietrzu czuć coś nowego – nadzieję!

Bo chociaż przyroda jeszcze się nie budzi, a drzewa stoją gołe, to dni stają się coraz dłuższe, słońce częściej wygląda zza chmur, a powietrze pachnie już inaczej – mniej mrozem, a bardziej obietnicą cieplejszych dni.

Na razie trzeba cieszyć się tym, co jest – ciepłymi promieniami na twarzy, śpiewem pierwszych ptaków i tym, że jazda na rowerze wreszcie nie oznacza odmrażania palców.