Radość czerpana

Kilka dni temu, bodajże w weeknd trafiłem na bardzo przyjemne warunki do jazdy rowerem i fotografowania. Nieco białych obłoczków, przyjemne ciepło i te leniwe polne dróżki. Mimo, że jeżdżę po okolicy z przerwami już od dawna, to ciągle odkrywam jakieś odcinki, gdzie nigdy nie byłem. Wszystkie niby wyglądają podobnie do siebie, ale to nie o to chodzi. Chodzi o radość czerpaną z przebywania sam na sam z przyrodą. Jej zapachami i dźwiękami.

Marzyć można

Temat oklepany, ale mnie niezmiennie interesują widoki z belami w roli głównej. Nie ma snopków i stogów ze słomą to pozostaje mi fascynować się tymi olbrzymimi walcami zbitej słomy. I pewnie w najbliższym czasie te tematy będa się tu pojawiać, bo ruszyły żniwa.

Kombajny, bele, traktory, a może w końcu dopisze mi szczeście i uda się znaleźć prawdziwe snopy ułożone w stogi… Marzyć zawsze można 😉

Mam fajnie

Odnoszę wrażenie, że przypadki rządzą światem. Bo po raz pierwszy wybrałem się gdzieś nieco dalej rowerem po długiej przerwie i od razu trafiłem na tak niesamowite widoki. Tym razem zaskoczyło mnie niebo. Jedna niepozorna chmura i słońce stworzyły przede mną pokaz promieni, które spowodowały u mnie mega radość. W sumie to fajnie mam, że tak nieporne rzeczy potrafią mnie cieszyć 😀

Zaczął się weekend

Przy fotografowaniu z roweru nie ma wielkiej filozofii. Jedziesz, zwracasz na coś uwagę i pstrykasz fotkę. Może to być nietypowa sytuacja, pracujący w polu ludzie, maszyny, urokliwe polne dróżki, drzewa, czy kapliczki. I oczywiście zjawiska na niebie. Wieczorne albo poranne słońce chowające się za obłoczki.

Tu niepotrzebny jest statyw, ani super sprzęt. Liczy się złapanie tej jednej jedynej niepowtarzalnej chwili, której nie bylibyśmy zobaczyć siedząc w domu. A weekend właśnie się zaczął! 😉

Uwielbiam

Padało praktycznie cały dzień. Były burze i zwykłe opady. Chwilkę wcześniej front przeszedł. Chwilkę wcześniej na niebie była okazała tęcza. Kiedy już skończyłem ją podziwiać zerknąłem w kierunku zachodnim.

To tam panowało teraz niesamowite światło. Takie jakie potrafi być tylko po długotrwałych opadach deszczu, ale tylko chwilkę po tym jak nagle się rozpogodzi i ciepło słońca spowoduje parowanie nasiąkniętej wodą okolicy. Uwielbiam.

Scenki z łąki

W lipcu jest już coraz mniej owadów. Coraz ciężej je znaleźć. Najlepsze miesiące do ich fotografowania to zdecydownia maj i czerwiec. Kiedy jednak mam nieco czasu i akurat nie fotografuję czegoś innego, zapuszczam się na dziką część ogrodu i nieco dalej, na okoliczne nieużytki wypatrując nietypowych scenek z owadami oraz samych owadów, których jeszcze nie mam w swojej kolekcji zdjęć.

Dwie muchy w akcie uniesienia „miłosnego” to temat, do którego zawsza zbliżam obiektyw. Zawsze rozczula mnie ta czułość samca trzymającego swoją partnerkę za oczy 🙂

Prostoskrzydłe to te owady, których akurat w lipcu jest chyba najwięcej.

Ciężko się połapać w tej niezliczonej ilości odnóży które do kogo należą, ale już tłumaczę – to dwa pająki splecione ze sobą wspomnianymi nogami. W jakim celu i po co…? Nie mam pojęcia.

Kwietnik (Misumena vatia), to kelejny z małych mieszkańców łąki, do którego prawie zawsze się schylę z aparatem. Zawsze elegancko ubarwiony (bywają zielone, żółte i białe) i zawsze w tej swojej buńczucznej pozie.

Kolorowy łuk

Tęcza może cieszyć tak samo za każdym razem. Koniecznie w ładnych okolicznościach przyrody, a w ten sposób już dawno jej nie podziwiałem. Aż do wczoraj.

Kiedy radary pokazywały, że za niedługo deszczowe chmury przejdą i pokaże się czyste niebo, w te pędy wyjechałem na jedną ze sprawdzonych miejscówek. Przeczuwałem tęczę i moje przeczucie się ziściło. Na wschodzie zalegały jeszcze ciemne chmury, ale wychodzące na przeciwko spod chmur słońce namalowało cudowny kolorowy łuk.