Wrzosy już kwitną

W niedzielę nie było w planie dłuższej jazdy rowerem. Dzień wcześniej wpadła setka i raczej nastawiałem się na regenrację, niż kolejną włóczęgę. Jednak, kiedy o szóstej obudziłem się wyspany i wypoczęty już wiedziałem, że chwilę później będę siedział na siodełku i wpadnie kolejne co najmniej sto kilometrów.

Tym razem znaczna część trasy prowadziła przez lasy i fajnie, bo jak się okazało zaczęły już kwitnąć wrzosy! Przez kilka kilometrów miałem je tu i ówdzie przy leśnych szutrach. Poza tym w lesie nadal zielono i nie widać jakichkolwiek oznak jesieni, a na polach jeszcze sporo słoneczników cieszących oko swoim żółtym optymistycznym kolorem.

Kadry poukładane

Przedłużony weekend i długo oczekiwana piękna pogoda motywuje do wypraw rowerowych. Chciałoby sie jeździć codziennie po kilka godzin. Kondycja może by i na to pozwoliła, ale stare kości, w szczególności kolana już niekoniecznie.

Mimo to codziennie staram się wyskoczyć nieco pokręcić i może złapać kilka kadrów. Kadrów, jakby się mogło zdawać zwykłych, jednak uważnie wypatrzonych i poukładanych 😉 Najpiękniej oczywiście o poranku lub przed zachodem, o czym nikogo tu już chyb anie muszę przekonywać.

Bocian na akacjach

Co ja przeżyłem, żeby powstało to zdjęcie. Historia jest taka, że mam taką miejscówkę, gdzie z odległości około półtora kilometra widać moje akacje i kiedy stamtąd zerknąłem na nie przez teleobiektyw, zauważyłem siedzącego na nich bociana!

Długo się nie zastanawiając wskoczyłem na siodełko i ruszyłem ile sił w nogach, a najkrótsza droga po wertepach to było prawie cztery kilometry! Przez całą drogę myślałem tylko o jednym, czy zdążę, zanim bociam odleci.

Kiedy po kilkunastu minutach dotarłem na miejsce, z przeciwnej strony nadjeżdżał ktoś na kuadzie. Załamałem się i choć nie miałem wiele czasu, aby zrobić fotki, to jednak się udało! Kuad śmignął pod drzewami, bocian odleciał, ale ja zostałem jednak z fotkami.

Rowerocznica

Przed świtem siedzę już na siodełku rowera. Nad łąkami unoszą się tu i ówdzie mgiełki. Miałem taką nadzieję, że dziś rano będzie epicko. Spieszę jednak nad pobliski zalew i to tam chce przywitać wstający dzień.

Jest 5:37, więc słońce wstało kilkanaście minut temu, ale to właśnie teraz jest kulminacyjny punkt poranka. Najpiękniejsze i najintensywniejsze barwy. Odnoszę wrażenie jakby czas specjalnie dla mnie się zatrzymał. Że ta chwila trwa i trwa.

Pora się ocknąć, bo przede mnę jeszcze prawie sto kilometrów. A to dziś będzie ten dzień, kiedy na liczniku wybije 5 000 km. Lubię takie okrągłe rowerocznice.

Robota nie zając

Rozglądanie się na boki podczas jazdy rowerem nie jest do końca bezpieczne. Nawet, jeśli jedzie się wolno, turystycznym tempem. Nieraz widoki potrafią tak pochłonąć, że można przeoczyć przeszkody (zwłaszcza na polnych i żwirowych drogach), albo wręcz stracić równowagę i wylądować w rowie.

A co ja tam ciekawego wypatrzyłem ostatnimi czasy? Dziś kolejne cztery wybrane kadry, które zwróciły moją uwagę. Pierwszy można zatytuować „Robota nie zając, nie ucieknie” – dwóch Panów podczas pogawędki przy pracach polowych.

Na kolejnej fotce rodzą się własnie bele słomy – jeden z moich ulubionych polnych widoków 😉

Czarny baran i dwie czarne owieczki? Barania mama to tylko głowę ma czarną, ale baraniątka już całe czarne… Podejrzana sprawa…

Zawsze przejeżdżając koło tego miejsca zastanawiam się, kiedy w końcu otwarcie. Bo zjadłbym chętnie zapiekankę poza zgiełkiem miasta, przy bocznej drodze, na łonie natury 😀

Wilgoć i upał

Do południa burze, a po południu znienacka się rozpogodziło i od razu wskoczyło na termometr trzydzieści stopni. I ta ogromna wilgoć. Tak było w ubiegłą sobotę. Idealna pogoda na rower. Zresztą na rower każda pogoda jest idealna, może poza deszczem i śniegiem 🙂 Choć zdarzyło mi się już, że raz w zimie w drodze złapała mnie gołoledź! 🙂

Stada krów spotykałem już nie raz, ale w takim miejscu, na szczycie pagórka i w pięknym świetle? Tego nie mogłem nie uwiecznić.

Wiejskie obrazki z życia wzięte. To jest to za czym się rozglądam jeżdżąc rowerem. Tylko te wyjątkowe kadry w pięknym świetle. Niby nic takiego, a przywołuje wspomnienia z dzieciństwa.

Tak jakoś mi się spodobał ten wesoły wycinek rzeczywistości. Droga, krzyż i złożóne pod nim bele…

Widok na Bramę Frysztacką nigdy nie może się znudzić. Malowniczy przełom Wisłoka.

Międzyburzowe obłoczki

W sobotę przed południem przechodziły u nas burze. Jedna po drugiej. Ponieważ ja mieszkam w dolince, gdzie nic nie widać pozwoliłem sobie wyjechać na punkt widokowy i stamtąd poobserować co dzieje się na niebie.

Najfajniej było, kiedy jedna burza przechodziła, a kolejnej jeszcze nie było. Te kłęby pary wodnej, czy też chmury… nieważne, grunt, że wyglądało to całkiem zjawiskowo.

Mieszanina obrazków

Muszę wrócić do zdjęć z ubiegłoczwartkowej wyprawy rowerowej. Tym razem cudowne niebo, które się zrobiło na niespełna godzinę po wschodzie słońca:

Chwilę później na łące spotkałem trzy spacerujące bociany, ale zanim dostałem się do aparatu, odleciały. Może to i dobrze, bo udało się je złapać w locie. Ale tylko dwa 😉

Zatrzymałem się, bo coś zjeść, kiedy akurat zza chmur wyszło słońce. Spodobała mi sie ta scena z rowerem i jego cieniem.

Na powrocie zdarza mi się zajechać pod hodowlę konika polskiego. Tego dnia razem z konikami pasł się bocian.