Odrobina mgiełek w zimie? Proszę bardzo. Jeszcze przed wschodem zrobiłem kilka zdjęć na podmokłych łąkach. To był jeden z tych dni, kiedy dzień zaczynałem z aparatem. Czyli tak, jak najbardziej lubię 🙂



Odrobina mgiełek w zimie? Proszę bardzo. Jeszcze przed wschodem zrobiłem kilka zdjęć na podmokłych łąkach. To był jeden z tych dni, kiedy dzień zaczynałem z aparatem. Czyli tak, jak najbardziej lubię 🙂



Tak mi się pomyślało, że fajnie, gdyby już była wiosna. Lubię wtedy wziąć ze sobą obiektyw do makrofotografii i podglądać owady. Od tego zaczynałem swoją świadomą przygodę z fotografią, jakieś 14 lat temu. Wtedy do fotografowania używałem zwykłej „małpki” z dużym zoomem i nakładki Raynoxa. Wspomagałem się światłem lampy błyskowej rozproszonym wymyślonym przeze mnie i własnoręcznie zrobionym dyfuzorem.
Dziś trzy fotki z ubiegłego lata. Na pierwszym jusznica deszczowa (Haematopota pluvialis). Mimo hipnotyzujących oczu to jeden z bardziej jadowitych owadów w kraju. Jej ukąszenie naprawdę potrafi boleć kilka dni.

Kraśnik pięcioplamek (Zygaena trifolii) to sympatyczny niewielki i malowniczy motyl.

Na koniec malutki odorek zieleniak (Palomena prasina). Chyba najpopularniejszy, przynajmniej w mojej okolicy sympatyczny pluskwiak.

Chodziłem, chodziłem i wychodziłem taką ciekawą miejscówkę. Głęboki rów w lesie łączący dwa stawy. Swoją drogą musi tam być teraz fajnie, jak jest więcej wody. Czekam na odrobinę lepszej pogody i koniecznie trzeba sie tam wybrać.

To było to, za czym chodziłem po lesie. Najpierw bliziutko mnie przebiegła jedna sarna. Kątem oka zauważyłem, że biegną kolejne dwie. Przykucnąłem, wymierzyłem obiektywem w miejsce, gdzie przebiegną i czekałem.
Czułem jak czas spowalnia. Te dwie sekundy trwały dla mnie z minutę. W końcu wbiegły na drogę i… przystanęły! Najpierw odwrócone tyłkami do mnie przyglądały się się ludziom widocznym w tle. Potem niespiesznie odwróciły się w moją stronę. Kiedy już wszystko było obczajone, pobiegły dalej w swoją stronę.
Nic nie zastąpi spotkania dzikiej zwierzyny oko w oko. Nie z samochodu, nie z czatowni, nawet nie z roweru. Za każdym razem te same emocje. Może to nienormalne, że się tym tak ekscytuję, ale mnie to jakby serio kręci. Te przypadkowe, niewymuszone spotkania.

Po śniegu zostało wspomnienie. W ciągu dnia temperatura na plusie, jedynie rano łapie przymrozek. Jak dla mnie może już nie być śniegu. Nacieszyłem się nim wystarczająco. Chętnie wsiądę teraz na rower.

Przeglądając archiwum natknąłem się na to wcześniej nie publikowane zdjęcie. Od razy wróciły wspomnienia. Już tak mam, że zobaczę archiwalną fotkę, później przeglądnę inne z owego pleneru i okoliczności ich powstania stają mi przed oczyma.
Tego wieczoru na miejscu zjawiłem się wyjątkowo wcześnie. Po to, aby pospacerować po okolicy i być może zrobić jeszcze inne zdjęcia, niż tylko księżyca. Światło było niesamowite, a ja ze wzniesienia miałem rozległy widok na okolicę.
Kiedy nadeszła pora wschodu zająłem miejscówkę i czekałem. Księżyc pojawił się nad budynkiem po lewej od kościoła. Wznosząc się trafił na niepozorny obłoczek, który połowę naszego satelity pomalował na czerwono. Druga połowa pozostawała pomarańczowa.
Ułamek minuty, krótka chwila, która nigdy więcej się nie powtórzy. Ja mam ją zachowaną dla siebie. I dla Was.

Kolejne fotograficzne zapiski z weekendowego włóczenia po lasach, polanach i polach. Wspaniały czas spędzony na świeżym powietrzu i na ładowaniu baterii na cały tydzień.



Wczoraj po raz kolejny mieliśmy słoneczny dzień. Oczywiście skoro świt byłem już w lesie i na dzień dobry spotkałem kilka jeleni. Kiedy słońce wzeszło i wyjrzało już zza zebranych nisko nad horyzontem chmur, postanowiłem wyjść z lasu na otwartą przestrzeń i zażyć nieco witaminy D.
Była spora różnica temperatury między wychłodzonym lasem, a nagrzewającymi się od słońca polami. W bezpiecznej odległości cały czas towarzyszyły mi sarny.



Każda chwila ze słońcem i to jeszcze w weekend jest na miarę złota. Co prawda porywisty wiatr nie pomagał, ale musiałem spędzić ten wieczór w plenerze. Ostatnie promyki słońca malowały przypruszoną śniegiem okolice. Na szczycie górki zabrało się kilkanaście saren. Wydaje mi się, że to cały czas to samo stadko, które obserwuje od wczesnej zimy.



Zawsze lubiałem spacery. Niestety przez ostatnie lata byłem mocno ograniczony przez powracające kontuzje kolana. Ostatnio kontuzje się wyciszyły i tej zimy mogę cieszyć się długimi spacerami po lesie i okolicy. Fajnie, bo na rowerze to za bardzo na mrozie i śniegu bym nie pojeździł.
Zabieram więc na szyję aparat i odkrywam pieszo coraz to nowe miejsca. I jeśli nawet światło nie dopisuje i nic ciekawego się nie nawinie, zawsze pozostaje mi satysfakcja z pokonanych kilometrów.



