Żałuję, że w mojej okolicy jest tak mało akwenów wodnych. Bo wschody i zachody słońca nad wodą są naprawdę przepiękne. Mamy to samo w wodzie, co i na niebie.




Żałuję, że w mojej okolicy jest tak mało akwenów wodnych. Bo wschody i zachody słońca nad wodą są naprawdę przepiękne. Mamy to samo w wodzie, co i na niebie.




W sobotę pogoda wystrychnęła mnie na dudka. Miało padać od przedpołudnia, a tu było ciepło i bezwietrznie do późnego popołudnia. Można było spokojnie jechać na rower.
Tymczasem pojechałem dopiero w niedzielę. Mocny wiatr, przewalające się chmury, a słońce tylko od czasu do czasu. Nie przeszkodziło mi to wykręcić kolejne kilometry do kolekcji. Nawet udało się zrobić kilka zdjęć, choć zatrzymywanie się groziło bezwzględnym wychłodzeniem w ciągu kilku minut…




Do wschodu czterdzieści minut. Trochę już jasno, a kolory są nijakie. To nic, ja je lubię. Są inne niż o wschodzie, zachodzie, w południe, czy po południu. I mało kto je ogląda, bo większość jeszcze śpi.
Ja czekając na wschód, spaceruję i szukam kadrów. Szukam koloru. Perspektywy. Pod różnym kątem, różną ogniskową. Eksperymentuję. Coś się potem wybierze z tych zdjęć do pokazania.



Kiedy na niebie pojawiły się słońca poboczne [parhelion], a ja właśnie jeździłem rowerem, narodził mi się w myśli pomysł na zdjęcie, jakiego jeszcze w swojej kolekcji nie mam.
Akcje, zachodzące słońce, a obok nich na horyzoncie mój wehikuł. Docisnąłem, aby zdążyć dojechać na miejsce. A tam miałem do zrobienia już tylko zdjęcia. Cała reszta już się działa. Akacje na swoim miejscu, rower koło nich zaparkowany, idealne niebo i piękna jego ozdoba — wspomniane parheliony.



O święty Franciszku, patronie krajobrazów! Co to był za poranek. Kolory dosłownie zalały okolicę. Zawładnęły wszystkim dookoła. Łącznie z Witkiem, który jak niespełna rozumu biegał we wszystkie strony, aby zdążyć zrobić jak najwięcej zdjęć.
Pobudka o nieludzkiej godzinie – 4:30… Zajeżdżam na miejscówkę, a tam nic się nie dzieje. No ale do wschodu jeszcze sporo czasu. Zawsze jest ta niepewność, czy niebo rozbłyśnie kolorami.
Czekam i czekam! I oto najpierw nieśmiało nad horyzontem, by po kilku chwilach całe niebo zapłonęło. Niepozorne obłoczki zaświeciły oszałamiającym blaskiem. Kolorami zmieniającymi się z minuty na minute. Coraz intensywniej i intensywniej. Jak w raju.



Słońce wyszło po południu. Termometr pokazywał zdradzieckie 10°C. Wiedziony doświadczeniem ubrałem się jednak solidnie. Na rowerze nigdy nic nie wiadomo. Wolę się przegrzać, niż zmarznąć. Dobrze zrobiłem, bo jadąc w cieniu i już po zachodzie słońca temperatura bardzo spadła.
A ja jechałem niespiesznie, uprawiając ulubiony rodzaj kolarstwa. Niektórzy nazywają to kolarstwem romantycznym. Bez pośpiechu, wolnym spacerowym tempem. Tak, aby mieć czas kontemplować widoki i robić zdjęcia. Natura mi sprzyjała i mogłem podziwiać klimatyczny zachód słońca.



To jeszcze nie wiosna. Jednak wszystko wskazuje na to, że niedługo nadejdzie. Sporo wcześniej niż w innych latach. Dla mnie super, bo jestem człowiekiem ciepłolubnym. Spacery po okolicy stają się coraz przyjemniejsze. Jest i cieplej i coraz bardziej zielono.




Mniej teraz fotografuję wschodów i zachodów słońca. Wole się wyspać i wypocząć, aby cały dzień poświęcić na jazdę rowerem. Oczywiście, jeśli temperatura jest już w okolicy minimum dziesięciu stopni.
W dzień co prawda kadry nie są aż tak spektakularne, ale w tym momencie jazda sprawia mi większą przyjemność, niż samo fotografowanie. Pewnie w tym roku jak i w poprzednim przeważać będzie, jak ja to nazywam „fotografia rowerowa”, zdjęcia z drogi.




Kiedy wyjrzało nieco słońca, postanowiłem wybrać się na spacer po tych moich bezdrożach i poszukać kilku kadrów. Zaskoczyło mnie, że jest już wiele zieleniących się drzew. Oby nie wróciły już srogie mrozy i opady śniegu.




Spotykam ich tyle podczas moich rowerowych wojaży, że już nawet nie przy każdej się zatrzymuję, aby zrobić zdjęcie. Tylko przy tych najbardziej klimatycznych, ciekawych i nietypowych. W weekend odkryłem kolejne. Obok nich przejeżdżałem już kilka razy, ale pewnie nie zwróciłem uwagi, albo po prostu wtedy nie chciało mi się zatrzymywać.


