Pusto i spokojnie

Kilkanaście, może nieco więcej ulubionych miejscówek. Moja najbliższa okolica. Maksymalnie do kilkunastu kilometrów od domu. Dalej się nie zapuszczam, no chyba że rowerem.

Szybkie wypady na wschody lub zachody to właśnie te kilkanaście ulubionych miejsc. Miejsc, które w pięknym świetle zawsze wyglądają zjawiskowo i w których czuję sie dobrze. Pewnie dlatego, że są z dala od zabudowań. Że jest tam pusto i spokojnie.

Uczestnictwo

Wspinam się na pagórek. Jeden z tych nie porośniętych jeszcze lasem, bo w okolicy jest ich coraz więcej. Z jednej strony to dobrze, że rosną nowe lasy ale z drugiej… coraz więcej miejscówek z widokami zarasta.

Cieszę się widokami w pięknym wieczornym słońcu, które jest już bardzo niziutko. Zaraz zajdzie, będzie coraz ciemniej. Pewnie chmury będą mienić się kolorami. Jak fajnie, że mogę w tym wszyskim uczestniczyć.

Niespełna rozumu

Warunki ciągle się zmieniały. Żółcie, pomarańcze, w końcu róże. Na końcu już po zmroku był burgund. Może się to wydawać nieprawdopodobne, bo takie kolory nie zdarzają się często. Miałem to szczęście akurat tego dnia być w plenerze, móc to podziwiać przez długi czas na własne oczy i uwiecznić na zdjęciach.

Zaskakiwany co kilka minut. Biegający po polach z miejsca na miejsce. Zziajany i z drżącymi z emocji dłońmi. Ktoś, kto mnie widział mógł sobie pomyśleć, że jakiś niespełna rozumu 😉

Zaczeska

Kiedy wieje tak bardzo, że twoja zaczeska zaczyna żyć własnym życiem… 🙂

Wieczór zapowiadał się ciekawie. Wiał bardzo mocny wiatr, na niebie pływały obłoczki, a dalej na zachodzie przez następne kilkaset kilometrów nie było chmurki. To musiało zakończyć się cudownymi kolorami na niebie.

Nie zawiodłem się, a kolor utrzymywały się na niebie bardzo długo. Udało się też obejść kilka miejscówek, jednak ta chyba najbardziej przypadła mi do gustu. Poniższą wierzbę pokazywałem już tutaj. Ogłowioną, potem elegancko odrośniętą, a teraz jak widzę dopadł ją ogień, całkiem możliwe, że przyczyną był piorun, na co wskazują odłamane kawałki pnia.

Przejażdżka jubileuszowa

Dzisiejszy wyjazd na rower był dla mnie wyjątkowy, bo właśnie na liczniku wybiło 7 000 km. 153 wycieczki i 387 godzin w siodełku. 61 km w pionie w górę i tyle samo w dół. Rok się jeszcze nie kończy i mam ndzieję jeździć do Sywestra 😉

Mimo prowadzenia statystyk, nie jeżdżę dla wyników. Lubię spędzać czas aktywnie na świeżym powietrzu. Jeżdże sobie, jak ja to mówię dziadkowym tempem. Staram się tak układać trasy, aby jeździć po mało uczęszczanych i widokowych drogach. Jeździć o świcie lub wieczorem, aby przy okazji sobie pofotografować. Ale również w ciągu dnia zdarza się trafić na ciekawe kadry. Poniżej kilka fot z dzisiejszej, jubileuszowej przejażdżki.

Jak z horroru

Ten wieczór zapamiętam na długo. Przepiękne kolory, najpierw oczywiście w ciepłych barwach, zaczeły się prawie godzinę przez zachodem słońca. Na koniec niebo na długie minuty stało się czerwone. Najpierw fotografowałem w polach, ale stwierdziłem, że ten mroczny klimat pasuje mi do cmentarza i tam się przeniosłem.

Te niesamowite kolory świeciły na niebie jeszcze ponad czterdzieści minut po zachodzie słońca. Cmentarz, nietuzinkowy kolor nieba i silny wiatr wydający różne odgłosy. To wszystko złożyło się na ten niepowtarzalny klimat rodem z horroru 😉

Zdobycz

Witek! Dawej orzecha! – zdawał się do mnie mówić dzięcioł (dzięcioł duży – Dendrocopos major). Co ciekawe było ich co najmniej kilka. Chwilkę wcześniej harcowały mi po ogrodzie latając w te i we wte. Szybko pobiegłem po aparat, ale one na mnie oczywiście nie czekały.

Został tylko ten jeden mocno zainteresowany orzechami. Podchodziłem go krok po kroku i udało się całkiem blisko. No i fajnie zapozował z tą swoją zdobyczą.

Dzięcioł duży – Dendrocopos major

Ciepła a potem zimna

W pierwszej dekadzie października nie brakowało malowniczych zachodów słońca. Miałem możliwość prawie codziennie ostatnie chwile dnia spędzać w plenerze. Nic na to nie poradzę, że gdy zbliża się wieczór coś wyciąga mnie z domu.

Ten wieczór był zdecydownie najpiękniejszy. Najpierw miękka kołderka chmur nabrała ciepłych pomarańćzowych barw, by po kilkunastu minutach, już po zachodzie słońca stać się bardziej chłodna i ciemna.

Kadr okraszony

Serce rośnie, kiedy trafiam na takie sytuacje. Zarośnięty krzaczorami przydrożny krzyż zyskał nowe życie. Chwała temu, kto się nad nim zlitował i oczyścił jego okolicę. Jedno z moich ulubionych miejsc odzyskało swój klimat.

Wsiadłem zatem na roer i wróciłem tam po raz kolejny, aby uwiecznić na zdjęciach to wyjątkowe miejsce. Traf chciał, że mój kadr okrasiły dwie przejeżdżające akurat rowerzystki i przepiękny zachód słońca.

Ulotne zjawisko

Wyjeżdżałem rowerem z domu – na niebie było nimbo. Była jakaś tam szansa na malutkie prześnienia nad zachodnim horyzontem, ale zdawałem sobie sprawę, że to może się nie zdarzyć. Jednak się zdarzyło – w pewnym momencie zaczeły pojawiac się okazałe promienie, a ja byłem w centrum wsi.

Pocisnąłem mocniej, aby dojechać na jakiś niezabudowany teren. W takich chwilach przydaje się forma, bo zazwyczaj to się nie spieszę delektując się jazdą. W ostatniej chwili zziajany dotarłem poza zabudowania i udało się jeszcze uchwycić to ulotne zjawisko.