Pofalowane jesienne pola. Rześki i słoneczny poranek. Miękkie światło. Lubię przejechać się odcinkiem polnej drogi, skąd rozpościera się widok na te pofalowane paczłorki pól. I to o każdej porze roku.




Pofalowane jesienne pola. Rześki i słoneczny poranek. Miękkie światło. Lubię przejechać się odcinkiem polnej drogi, skąd rozpościera się widok na te pofalowane paczłorki pól. I to o każdej porze roku.




Tak wyglądał jeden z ostatnich poranków. Słońce nieśmiało przebijało się przez chmury, a mnie spodobał się ten mroczny klimat.

Przez te pierwsze trzy dni listopada nie ma co narzekać na pogodę, bo oprócz kilku kropel deszczu w sobotę jest sucho i słonecznie. Jak się na siebie wrzuci odpowiednią ilość warstw, można śmiało dalej jeździć rowerem.




Kiedy na termometrze tylko jednocyfrowa wartość temperatury, przyjemniej się jeździ, jeśli świeci słońce. Mimo zimna nastraja ono optymistycznie i z większą przyjemnością pokonuje się kilometry. Zachmurzone niebo niekoniecznie, ale wciąż jest lepsze niż jeżdżenie po ciemku. A od listopada oprócz weekendów tylko tak będę mógł.



Obudziłem się o świcie, ale -4° C to trochę za zimno na rower, a tyle było dziś rano. Postanowiłem sprawdzić, czy przy takich warunkach nie widać przypadkiem Tatr, które znajdują się ponad 130 km w linii prostej od mojej okolicy.
Mimo że teraz rzadko używam aparatu, ten cały czas czeka gotowy do akcji w torbie. Szybciutko udało się wybrać i po piętnastu minutach byłem na pierwszej miejscówce w Szkodnej. Tatry było widać w całej ich okazałości. Prezentowały się epicko w jesiennej szacie i porannym świetle.
Pojechałem na kolejną miejscówkę do Glinika. Niestety przy drodze wyrastają krzaczory, które coraz to bardziej utrudniają obserwację z tego miejsca.
Na koniec Sobótki w Zagorzycach. Gdzieś tam pomiędzy drzewami również je widać.




Poranek święta Wszystkich Świętych od dawna spędzam samotnie na plenerach fotograficznych lub na wyprawach rowerowych. Tak też było wczoraj. Nie zważając na ziąb, wyruszyłem jeszcze przed świtem, aby podziwiać jesienne krajobrazy w świetle wschodzącego słońca.




Październik zamykam trzema fotkami z jakże by inaczej, rowerowej przejażdżki z ubiegłego tygodnia. Bezchmurne niebo, przyjemne ciepełko i to malownicze wieczorne światło. A… i najważniejsze – jesienne niepowtarzalne barwy złotej polskiej jesieni. Już niecierpliwie czekam na kolejne słoneczne dni.



Zapchałem głowę i zmysły tymi barwami i zapachami. Złota polska jesień powoli mija, ale przecież listopadowe krajobrazy również mogą być na swój sposób piękne. Pozostałe na drzewach liście będą złote, a jeszcze czekamy na przebarwiające się na rudo modrzewie. To nie koniec.




Jesieni, trwaj! – chce się krzyczeć. I niech trwa jak najdłużej, bo do zimy nam nie spieszno. Ja gdy tylko mam kilka wolnych godzin, zapuszczam się w najskrytsze zakątki lasów i innych zakamarków w poszukiwaniu takich właśnie, jak poniżej, kolorów. Kolorów prawdziwej polskiej jesieni.




Czekałem na taki dzień od dawna. Jesień, długo utrzymująca się mgła, ale też od czasu do czasu prześwitujące słońce. Tak było w ubiegły wtorek i tylko temperatura mi średnio pasowała, bo przez pierwszą godzinę jazdy było na minusie, a i potem niewiele cieplej.
Podczas sześćdziesięciokilometrowej trasy przez las warunki były cudowne. Rozpraszająca światło mgła malowała światłem, jak doświadczony malarz. Z entuzjazmem odkrywałem coraz to nowe miejsca z coraz to bardziej zaskakującym światłem. Przywiozłem dziesiątki zdjęć, a dziś te z samego świtu.



