Las, cisza i Witek na stanowisku

Są takie chwile, dla których warto wstać zanim świat się obudzi. Kiedy większość ludzi przewraca się na drugi bok, ja już spaceruję po lesie, a światło robi wszystko, żebym nie żałował decyzji o wyjściu z ciepłego łóżka.

Kilka dni temu był taki właśnie poranek. Mgła snuła się leniwie między drzewami, słońce przebijało przez gałęzie, jak reflektory w starym zadymionym pubie. W powietrzu unosiła się obietnica czegoś wyjątkowego. Spokój, cisza i pierwszy świergot ptaków – jakby dyrygent właśnie uniósł batutę i miał zaraz rozpocząć koncert.

I na to wszystko nadchodzi Witek, jak zawsze na stanowisku, gotowy uchwycić ten spektakl w kadrze.

Zatrzymany czas i urokliwa dolina

Podczas jednej z wypraw trafiłem w leśny zaułek, gdzie pewnie od dawna nie stanęła ludzka stopa. Choć to może wydawać się dziwne, bo przecież prowadziła tu dróżka. Co prawda w pewnym momencie wyglądała tak, jak na zdjęciu nr 1, ale jednak.

Kawałek dalej trafiłem na miejsce o bajkowym wyglądzie. Powalone i zarośnięte mchem stare drzewa sprawiały wrażenie, jakby całe to miejsce zostało zapomniane przez czas.

Wyzwaniem było później wykaraskanie się z tej urokliwej doliny. Pod górę trzeba było wypychać rower. Po chwili w końcu udało mi się wydostać z lasu, gdzie czekał na mnie już zupełnie normalny krajobraz.

Błoto, drzewa i radziecka myśl techniczna

Polne drogi, tu i ówdzie lepkie błotko, samotne urokliwe drzewa i pamiętający jedynie słuszne czasy stary ZIŁ 157, spotkany zupełnie przypadkiem na jakimś placu.

Tak mniej więcej wyglądały moje ostatnie wyprawy rowerowe. Błoto dla treningu równowagi, polne krajobrazy dla ducha, a ZIŁ… no cóż, dla uświadomienia sobie, że mój rower, mimo braku napędu na wszystkie koła, i tak ma większe szanse na dalszą podróż 🙂

Gdzie koła rano niosą

Gdzie też Witku zawędrowałeś na swoim rowerze w ostatnich dniach?

Otóż pogoda była całkiem niezła, ale najbardziej w pamięci utkwił mi jeden z mglistych poranków. Takie właśnie lubię najbardziej – mimo porannego chłodu światło jest wtedy niepowtarzalne. A jeśli do tego dojdą delikatne mgiełki i to miękkie, niziutko rozlane światło… no, to już pełnia fotograficzno-rowerowego szczęścia!

Magia nieba i ludzie w panice – czyli jak nie wejść w kadr

Zachód słońca w pobliskim parku ze stawem. Muszę powiedzieć, że natura postanowiła zaszaleć! To był jeden z tych momentów, kiedy niebo zaczyna się palić, a chmury grają w teatrze cieni. Dosłownie, jakby natura miała swoje własne show, a ja byłbym tylko widzem.

Spaceruję z aparatem w ręce, a wokół mnie ludzie, którzy robią wszystko, by nie wpaść w kadr. Wygląda na to, że dla nich jestem jak jakiś zawodowy paparazzi, a nie tylko zwykły chłop z aparatem, który chce złapać kawałek tej magii. Zamiast patrzeć na mnie, powinni zwrócić uwagę na to niebo – to tam dzieje się prawdziwa magia!

Szron, mgiełka i akacje – poranna magia!

Niedziela. Trzeci raz z rzędu wstawiam zdjęcia z tego samego poranka. Tak, dobrze widzicie, znowu akacje. Ale narobiłem tyle tych zdjęć, że nie mam serca ich po prostu usunąć! Jakbym miał nie pokazać wam tego niesamowitego nieba w kolorach różowo-czerwono-pomarańczowych, to byłby grzech i to ciężki!

W powietrzu ta lekka, prawie eteryczna mgiełka, jakby chmurki były zaproszeniem do tańca, a szron na trawie – bajkowym dodatkiem do całego spektaklu.

Chciałem napisać, że dźwięki poranka były jak najdelikatniejszy koncert skrzypiec, ale było tak cicho, że jedynie odgłos moich kroków na lodowatej ziemi mącił tę magiczną ciszę.

Romantyzm level PRO

Spacer nad stawem – niby romantyczna randka, ale jednak z lekkim haczykiem. Bo wiecie, jak to jest – człowiek chce spędzić czas z żoną z pierwszego małżeństwa (całe szczęście wciąż tą samą!), ale jednocześnie przeczuwa, że na niebie szykuje się spektakl godny czerwonego dywanu. No to co? Pakuję aparat i w drogę!

I faktycznie, warunki były takie, że nawet kaczki patrzyły w górę z podziwem. Niebo płonęło kolorami, tafla wody odbijała wszystko jak lustro, a ja lawirowałem między romantycznym spacerem a polowaniem na idealny kadr. Żona dzielnie to znosiła, choć podejrzewam, że w myślach układała już plan, jak odwdzięczyć mi się równie „romantycznym” wyjściem – może do galerii handlowej.

Ostatecznie wszyscy byliśmy zadowoleni – ja miałem zdjęcia, my mieliśmy czas spędzony razem, a kaczki… cóż, kaczki pewnie liczyły, że zamiast aparatu będę miał chleb 🙂

Słońce XXL – edycja poranna

W pamiętny niedzielny poranek najlepsze rzeczy działy się pod akacjami punktualnie o wschodzie słońca. No, może nie do końca pod akacjami, bo ja stałem z aparatem jakieś 400 metrów od nich. I właśnie przez tą odległość i użycie teleobiektywu powstał efekt dużego słońca!

Wiedziałem, że rano pojawią się mgły, a dzięki nim słońce nie będzie aż tak ostre. I faktycznie – ukazało się jako piękna, żółciutka kulka, z którą matryca mojego aparatu poradziła sobie bez najmniejszego problemu.

Stałem na tym polu i niecierpliwie czekałem na spektakl. Palce mi lekko kostniały, ale kto by się tym przejmował, kiedy przed oczami rozgrywa się spektakl warty każdej minuty wczesnej pobudki. W myślach odliczałem: jeszcze chwila, jeszcze moment, aż kula znajdzie się dokładnie tam, gdzie chciałem. Kilka kroków prawo, potem kilkanaście w lewo, następnie sprint zboczem w dół pola. Tak właśnie, nie inaczej powstawały poniższe fotki 🙂

Poranne dylematy i akacjowe objawienie

Niedziela, godzina piąta rano. Budzę się i przez pięć minut toczę heroiczną walkę wewnętrzną: przewrócić się na drugi bok i spać dalej, czy jednak zebrać się na zdjęcia? Argumenty „jest ciemno”, „jest zimno” i „jest niedziela” są bardzo przekonujące, ale nagle włącza się wewnętrzny głos fotografa: „A jak przegapisz najlepszy wschód słońca sezonu?”. No i klops – nie ma odwrotu, trzeba jechać.

Przeczucie nie zawiodło – na niebie trwa prawdziwy spektakl barw. Pomarańcze, żółcie, wszystko co trzeba, żeby o piątej rano człowiek poczuł, że warto było wstać. I do tego jeszcze ten subtelny słup słoneczny, który pojawił się dosłownie na kilkadziesiąt sekund.

Fotki zrobiłem już po wschodzie słońca, a co działo się wcześniej? O tym już jutro, nie przegapcie! 🙂

Misja: Utapianie. Status: Niechętnie dryfuje.

Piątek wieczór, termometr pokazuje jakieś szalone kilkanaście stopni, niebo płonie odcieniami pomarańczu i różu… Normalnie wiosna przyszła za szybko! A skoro zima nawet nie próbowała się bronić, postanowiłem dopełnić tradycji i osobiście utopić Marzannę.

Spacer nad jeziorkiem był trochę jakby romantyczny – ja, moja pierwsza żona i te zastane, piękne okoliczności przyrody. W powietrzu unosił się zapach przedwiośnia, a w wodzie wylądowała nasza bohaterka – piękna, ekologiczna i całkowicie naturalna kukła, wykonana z w pełni biodegradowalnej trawy. Bez zbędnych przemówień, bez łez pożegnania – Marzanna odpłynęła w stronę zachodzącego słońca, a my mogliśmy oficjalnie uznać, że zima poszła w diabły.

PS. Tak naprawdę Marzanna wcale nie chciała odpływać, tylko uparcie tkwiła przy brzegu… i co gorsza – zastaliśmy ją już topiącą się!