Pojeżdżone, pobiegane i pochodzone w 2025 r

Chyba najbardziej obfotografowany rower roku 🙂

Minął kolejny rok moich rowerowych wojaży, a w tym sezonie, trochę z powodów zdrowotnych, a trochę dlatego, że wpadło nowe hobby, przejechałem nieco mniej kilometrów. Podczas 166 aktywności nabiło się 6800 km i jeszcze jakieś 300 km na stacjonarce. Te 6800 km to dystans mniej więcej jak z Rzeszowa do Taszkentu, stolicy Uzbekistanu :). A wszystko to dało 364 godziny w siodle i około 160 000 spalonych kalorii, czyli jakieś 53 kilogramy dobrej swojskiej kiełbasy, gdyby ktoś wolał liczyć w bardziej życiowych jednostkach.

Do tego 68 000 metrów w górę i tyle samo w dół, co oznacza, że wspiąłbym się na Mount Everest prawie 8 razy.

Wspominałem o nowej pasji, mowa o bieganiu 🏃‍♂️ Odkryłem ją w sobie po tym, jak przez kilka tygodni nie mogłem jeździć na rowerze z powodu kontuzji. Od lipca wpadło 400 kilometrów i o ile pierwsze biegi były prawie jak chody, to teraz chłop daje radę przebiec 16 kilometrów na raz 😎

A jak ani na rower, ani na bieganie nie miałem ochoty, to aparat na szyję 📸 i w drogę, na krótsze i dłuższe spacery po okolicy. I pyk, kolejne 960 kilometrów 🚶‍♂️🌿

Aj, jak mi to GARMIN skrupulatnie wszystko wyliczył 😁⌚

Nie zatrzymany

Czy spadł śnieg? To zdjęcia sprzed dwóch lat, kiedy w listopadzie mieliśmy podobną zimę jak w tegorocznym listopadzie. Solidne opady śniegu zmieniły okolicę nie do poznania, a las zrobił się bajkowy. I w takich okolicznościach to ja rozumiem spacery. Wtedy nic by mnie nie zatrzymało w domu.

Oczekiwanie

Jak się tak dobrze przyjrzeć niektórym miejscom w lesie, to wyglądają całkiem jesiennie. Dywany złotych liści, które jeszcze nawet ostały się na niektórych drzewkach. W tym dynamicznym pogodowo czasie trzeba sobie szukać optymistycznych akcentów w krajobrazie, żeby odliczanie dni do wiosny szło sprawniej.

Dajcie spokój

A dajcie spokój już z tą zimą. Grudzień przyzwyczaił nas do dodatnich temperatur, a tu znienacka takie coś w pogodzie. Ani to prawdziwa zima ze śniegiem i mrozem, ani to jesienna aura…

Wyglądam przez okno, ponuro. Wychodzę na zewnątrz, wszystko pokryte lodem. Ale przynajmniej wieje konkretnie, co potęguje odczucie zimna. I te myśli: ryzykować odmrożenia i jechać na rower, czy może ryzykować wywinięcie orła i pójść pobiegać… Jedno i drugie kusi.

Ale już tak na poważnie, sięgnąłem do archiwum i wygrzebałem kilka optymistycznych fotek z tegorocznej jesieni. A konkretnie z października. Z jednego z najpiękniejszych wieczorów, z ładnym światłem i ładnymi kolorami. Ogrzejmy się trochę przy tych kadrach.

Ciągle ponuro

Dziś kolejny ponury dzień. Niebo zakryte chmurami, a ziemia pokryta warstwą lodu, bo wczoraj padał marznący deszcz. Strach wychodzić z domu, żeby zaraz nie wywinąć orła. W sumie to dobry czas, biorąc pod uwagę końcówkę roku, żeby zajrzeć do archiwalnych zdjęć.

I tak właśnie spędzam poranek, nie mogąc się już doczekać jakichkolwiek znośnych warunków, które nadawałyby się do wyciągnięcia aparatu i ruszenia w teren. A tymczasem kilka fotek, które zrobiłem nie dawniej niż tydzień temu podczas ponurego, choć przynajmniej zamglonego, grudniowego dnia.

Pytam się

I gdzie to słońce, ja się pytam? Czy mi się wydaje, czy prognozy wskazywały na święta ze słońcem? Wiem… to tylko mój region był tak „poszkodowany”, że cały dzień wisiały niskie chmury. Było szaro, ponuro, a na dodatek zimno i wietrznie.

Ja cierpliwie czekam na wiosnę. Ale czekam aktywnie. Na przykład łażąc sobie po lesie.

Reset

Zanim nadejdą mroźne i słoneczne dni, wrzucam jeszcze kilka zdjęć z ostatnich mglistych dni, które wbrew pozorom nie były aż takie bardzo szare, nudne ani przygnębiające. W niektórych miejscach w lesie trafiałem na całkiem optymistyczne miejscówki. Dużo żywej zieleni, która w tej wilgoci i delikatnej mgiełce wyglądała jeszcze bardziej soczyście.

Mgła dodawała krajobrazom tajemniczości, ale jednocześnie nie odbierała im życia. Każde drzewo i krzew wydawały się bardziej wyraziste, a spacer w takich warunkach działa jak naturalny reset dla głowy, jakiej ona potrzebuje podczas weekendu. No chyba, że ktoś woli się inaczej resetować 🙂

Idą mrozy

Coraz zimniej się robi, a święta mają być całkiem mroźne. W mojej okolicy prognozowane są spadki temperatury w nocy nawet do minus 9 stopni Celsjusza, a w dzień ma nie być cieplej niż minus 2 – 3 stopnie.

Ale przynajmniej ma świecić słońce, więc ja już zacieram ręce na mroźne, słoneczne spacery po moich ścieżkach. Bo co jak co, ale na rower przy takiej temperaturze nie odważę się wsiąść.

A tymczasem kilka zdjęć, które powstały w podobnych okolicznościach. W mroźny, ale słoneczny zimowy miesiąc.

Mgła zawładnęła

I wczoraj, i dzisiaj mgła zawładnęła całą okolicą. Widoczność od kilkudziesięciu metrów do nawet miejscami kilkunastu. Temperatura przyjemna i zero wiatru, więc mimo wszechobecnej wilgoci fajny klimat do spaceru po lesie. Spaceru rzecz jasna z aparatem.

Mgła skutecznie upraszczała świat, zostawiając widoczne tylko to, co znajdowało się w miarę blisko. Las wyglądał nieco tajemniczo, a takie warunki sprzyjają uważnemu patrzeniu, bez szukania spektakularnych widoków. Każdy krok odsłaniał nowy fragment sceny, który za chwilę znikał za plecami.

Kusi

U mnie dzisiaj mgła taka, że ledwo widać czubek własnego nosa. Albo widać, ale słabo. Taka pogoda kusi, żeby wyskoczyć do lasu na spacer, bo w takich warunkach wszystko wygląda fajnie tajemniczo i mrocznie. Wiem, bo byłem, ale nie fotografowałem, bo biegałem.

Za to mam kilka fotek z nieco ładniejszej grudniowej pogody, gdzie nawet słońce prześwitywało od czasu do czasu. Najbardziej urzekły mnie pozostające jeszcze na gałęziach modrzewiowe rude igły.