Dawno nie było

Czy mi się wydaje, czy dawno nie wstawiałem żadnych kapliczek i kościołów? To na dzisiaj mam cerkiew w Węglówce, kapliczkę w Czarnej Sędziszowskiej, Starej Wsi, kościół w Czarnej Sędziszowskiej i jeszcze jedną kapliczkę w Brzezinach, Bukowinie. Wszystkie oczywiście w porannych promieniach.

Zmienna aura

Deszcz, słońce. Zimno, ciepło. Wiatr, bez wiatru. Tak mniej więcej ostatnio wygląda letnia pogoda. Mieszanka wszystkiego. Zdjęć zatem wiele nowych nie powstało, ale za to mam jeszcze sporo z pierwszej dekady lipca.

Zmiana

Zamiast roweru wziąłem aparat. Poszedłem pieszo polną drogą w poszukiwaniu kadrów. Aparat może i się ucieszył, ale ja… tak się przyzwyczaiłem do fotografowania smartfonem, że ciężka lustrzanka na szyi zaczęła mi ciążyć, nie wspominając już o drugim obiektywie w torbie. W duchu dziękowałem sobie, że nie skusiło mnie, by zabrać jeszcze statyw.

Może to kwestia wieku, a może potrzeba wolności i nieskrępowanego ruchu. Może swobodny spacer stał się dla mnie ważniejszy niż perfekcyjne ujęcie. Tak, przez ostatnie lata trochę się u mnie pozmieniało. Myślę, że teraz rower i spacery są ważniejsze niż samo fotografowanie. Fotografowanie i filmowanie to już tylko dodatek.

A może tak mi się tylko wydaje…

Wymówki

Cieplutki poranek? Niekoniecznie. Sporo osób narzeka, że to lato jakieś takie chłodne, że poranki zimne. Ale przecież żyjemy w klimacie umiarkowanym, a zróżnicowane pod względem termicznym lata to tak naprawdę norma. Raz upałów jest więcej, innym razem mniej. Lato potrafi zacząć się wcześniej, a czasem trochę się spóźnia.

Taki już jego urok – zmienny, nieprzewidywalny, trochę kapryśny. I może dobrze, bo gdyby pogoda była jednostajna i przewidywalna, szybko by się nam znudziła. A przynajmniej mnie.

Jubileuszowy

Dziś zbieranina zdjęć z mojego jubileuszowego, setnego wyjazdu rowerowego, który miał miejsce w ubiegłą sobotę. Sto wyjazdów i prawie pięć tysięcy kilometrów na liczniku.

Na zdjęciach cudownie kwitnący wiesiołek nad jednym z akwenów wodnych w okolicy, jeden ze ślimaków, które nader często spotykam na swojej drodze – muszą widocznie lubić poranne spacery, tak jak ja. Choć spacer po asfaltowej drodze to nie zawsze najlepszy pomysł.

Na okrasę dwa zdjęcia z nieco wcześniejszej pory – takiej, kiedy słońce jeszcze nie wzeszło, a temperatura zdecydowanie nie należała do najprzyjemniejszych.

Niech światło prowadzi

Czy ja na początku lipca narzekałem na brak fajnych warunków do fotografowania? Być może. Ale to już nieaktualne, bo pogoda się naprawiła i co najmniej dwa razy trafiłem rano na piękne mgiełki, a kilka razy – co prawda bezmgielne – ale równie magiczne poranki.

Lipcowe wschody słońca potrafią jednak zaskoczyć, i to pozytywnie. Trzeba tylko wstać odpowiednio wcześnie i dać się poprowadzić światłu.

Krwiodawca

W niedzielny poranek postanowiłem porzucić rower na rzecz własnych nóg i butów. Skoro świt wybrałem się na spacer z aparatem – pora była w końcu odkurzyć lustrzankę, bo leżała zapomniana już od dłuższego czasu. Wschód słońca jak zwykle nie zawiódł, a samotne chwile wśród pól o tak wczesnej porze miały w sobie coś magicznego.

Niestety magia skończyła się szybciej, niż bym chciał. Chwilę po wschodzie obudziły się wszelkiej maści bąki i gzy. Atakowały z każdej strony, nie dając ani chwili wytchnienia.

Zamiast kontemplować naturę, musiałem przyspieszyć kroku,  wymachując gałęzią jak w jakimś dziwnym rytuale odstraszania duchów. Gałązka trochę pomagała, ale i tak przez godzinę czułem się bardziej jak krwiodawca niż fotograf.

W kadrze

– Ty to chyba, Witek, musisz bardzo lubić swój rower, skoro ciągle pojawia się na twoich zdjęciach.

– No jak go mam nie lubić, skoro daje mi tyle radości i wolności. A poza tym, przecież całkiem nieźle prezentuje się – zwłaszcza na tle nieba o podobnym kolorze 🙂

Uzależniające

Jadąc polną drogą w takiej mgle, można poczuć lekki niepokój. Niby nie ma ku temu racjonalnych powodów, ale w tej ciszy każdy niespodziewany ruch mimo wszystko wywołuje ciarki na plecach. Ileż to razy zdarzyło się, że niemal spod koła wyskoczył spłoszony bażant albo pokicał zaspany zając. Nie wspominając już o sarnach, które pojawiają się znikąd i przelatują tuż przed kierownicą.

To wszystko ma swój niepowtarzalny urok i coś w sobie uzależniającego. Nie mam pojęcia, jak to działa, ale jeszcze nie kończę jazdy, a już nie mogę się doczekać, kiedy znów uda się trafić na tak wspaniałe warunki.