A z nudów wyszedłem do ogrodu z makroobiektywem 🌿📷 I co tam znalazłem? A takie różne dziwadła…




A z nudów wyszedłem do ogrodu z makroobiektywem 🌿📷 I co tam znalazłem? A takie różne dziwadła…




Kończymy lipiec, ale ja jeszcze chwilkę muszę spauzować od roweru.
Zatem po raz kolejny wybrałem się z obiektywem makro do ogrodu i wypatrzyłem kilka ciekawych owadów.
Te z pierwszego zdjęcia okupują aktualnie wysokie trawy rosnące w stawie. Większość z nich siedzi sobie w parach – jeden na drugim – i tak się noszą nawzajem…
Dwójka – mucha. To wiadomo, niby nic ciekawego i wielu obrzydza, ale ja tam je lubię. Oczywiście tylko na fotografii.
Trójka – również jakowaś muchówka, tym razem mniejsza, na smukłych, długich nogach.
Na czwartym zdjęciu – pluskwiak, który okupował liliowce.




Posucha w fotografii rowerowej, posucha w krajobrazowej. A to oznacza jedno – obadałem, co tam ciekawego w świecie owadów. W ogrodzie aktualnie kwitnie kilka gatunków roślin, więc i pracowitych pszczół jest pod dostatkiem.
Ja uparłem się, żeby choć jedną sfotografować w locie, co nie było łatwe. Raz – ze względu na ich ruchliwość, dwa – ze względu na brak światła, bo ostatnimi czasy chmury nie schodzą z nieba.



Czy to poranek, czy wieczór… Dwa pierwsze zdjęcia to oczywiście poranek z ścielącymi się w dolinach mgłami, a dwa kolejne to widoki uchwycone teleobiektywem wieczorową porą.
Wszystkie zdjęcia powstały w lipcu 2020 roku, a więc swoje przeleżały na dysku. Dwa pierwsze to widoki z Przymiarek, a dwa kolejne z Liwocza.




Dziś mam dla Was małą zbieraninę pojedynczych fotek, które zrobiłem ostatnio tu i tam – podczas jazdy rowerem albo spacerów.
Obok urokliwych wierzb z pierwszego zdjęcia przejeżdżałem dość często, ale dopiero ostatnio się zatrzymałem, żeby zrobić zdjęcie. Fajnie, że ktoś o nią dba i regularnie je ogławia.
Drugie ujęcie to nasze lokalne „Lazurowe Wybrzeże”. Serio – tak się nazywa. I czasami, przy odpowiednim świetle i o odpowiedniej porze, woda faktycznie wygląda jakby była wyjęta z folderu wakacyjnego.
A sana i kuliboda? Spotkani zupełnie przypadkiem podczas jednego z ostatnich spacerów niedaleko domu.




To było dokładnie rok temu. Wygrzebałem te zdjęcia i od razu stanął mi przed oczami obraz tamtego poranka. Pamiętam, że prognozy były optymistyczne, więc wyjechałem z domu jeszcze po ciemku. Tak wcześnie, żeby zdążyć na miejsce przed wschodem słońca.
A sam wschód? No cóż… chyba nie muszę nic pisać. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia.



Chwilowo musiałem odstawić rower — tym razem nie z lenistwa, a z przymusu. Im człowiek starszy, tym częściej coś go strzyka i łapie kontuzje. Chociaż… może to nie kwestia wieku, tylko jazdy trochę za dużo? No cóż, na razie pozostają mi własne nogi i spacery po okolicy.
Zresztą, ostatnio nie ma ani spektakularnych wschodów, ani zjawiskowych zachodów słońca. Na szczęście mój dysk twardy pęka w szwach od zdjęć, więc zawsze coś się znajdzie, żeby pokazać światu.



Był świetny plan. Plan na tzw. Jezioro Sędziszowskie. Miałbym nad nie rzut beretem. Rzut beretem do pięknych widoków podczas wschodów i zachodów słońca. Niestety plan nie przeszedł i powstaje suchy polder, a ja chcąc mieć wodę na zdjęciach muszę jeździć kawał drogi.
A szkoda, bo jezioro mogłoby stać się lokalną atrakcją – miejscem spacerów, rekreacji i wypoczynku. Przyciągałoby spacerowiczów, rowerzystów, fotografów i wszystkich spragnionych kontaktu z naturą. Taki zbiornik poprawiłby też mikroklimat i mógłby pełnić funkcję retencyjną, co dziś nie jest bez znaczenia.
Nie rozumiem tej decyzji i czym kierowali się ci, którzy ją podjęli. Wygląda na to, że znów przeważyła jakaś biurokratyczna logika, zupełnie oderwana od realnych potrzeb ekosystemu.




Ach, te poranki. Jak ich tu nie lubić, jak ich tu nie celebrować. Jak tu nie robić wszystkiego, aby miało się na nie czas – na ich kontemplację i spędzanie z nimi chwil. Te momenty przed wschodem słońca i oczekiwanie, potem pierwsze pół godziny i kolejne kwadranse. Najpiękniejszy czas, pozwalający naładować baterie na resztę dnia. Nawet jeśli zaraz potem trzeba spieszyć się do pracy, to towarzyszące mu wspomnienie potrafi nieść aż do wieczora.




Nic tu nowego nie zobaczycie. Kolejne kilka fotek z moich rowerowych poranków. Z jednej strony fajnie, że wschód słońca jest coraz później – to wstawanie po trzeciej mogłoby mnie szybko wykończyć. A z drugiej… oznacza to tylko tyle, że dzień będzie coraz krótszy, co nieuchronnie zmierza ku jesieni. Ale póki co mamy przecież lato w pełni – więc tym się cieszmy!


