Prezent

To był niezobowiązujący spacer. Aparat na szyi, ale bez większych planów na zdjęcia. Po prostu sobie szedłem i czekałem czy i czym obdarzy mnie natura.

A ta na dzień dobry zaserwowała mi stadko saren w całkiem fajnych okolicznościach przyrody.

Sto lub dwieście

I to jest fajna niespodzianka. Jadę ja rowerem i słyszę podejrzane dźwięki. Znawcą nie jestem, ale czułem, że to musi być duży zwierz. Znaczy duży ptak. Przystanąłem i zacząłem zerkac w niebo przekonany, że to jakiś klucz leci.

A te dwa dziady jedne stały sobie na polu jak gdby nigdy nic. Podjechałem jeszcze kawalątek i pstryknąłem foto. Żurawie jadnak szybciutko odleciały, choć byłem od nich na pewno grubo ponad 100 metrów, a może i z dwieście.

Krzywa, Poręby Pierwsze

Daleko stamtąd

Ostatnio przytrafiła się mała kontuzja, ale kiedy tylko poczułem się lepiej od razu wyskoczyłem na spacer z aparatem. Całkowite zachmurzenie w niczym mi nie przeszkadzało. Jak zwykle poszedłem i czekałem, co przyniesie mi los.

Tym razem byłem praktycznie otoczony przez sarny. Spotkałem dwa kilkunastoosobnikowe stada i trzy mniejsze. Powolutku krok za krokiem udało się podejść do kilku z nich i zrobić foty. Tego dnia były wyjątkowo wyluzowane i mało przejmowały się moim widokiem.

Niestety wracając spotkałem kilka samochodów z myśliwymi. A więc niestety polowanie. Mam głęboką nadzieję, że sarny były już wtedy daleko stamtąd.

Spotkania niewymuszone

To było to, za czym chodziłem po lesie. Najpierw bliziutko mnie przebiegła jedna sarna. Kątem oka zauważyłem, że biegną kolejne dwie. Przykucnąłem, wymierzyłem obiektywem w miejsce, gdzie przebiegną i czekałem.

Czułem jak czas spowalnia. Te dwie sekundy trwały dla mnie z minutę. W końcu wbiegły na drogę i… przystanęły! Najpierw odwrócone tyłkami do mnie przyglądały się się ludziom widocznym w tle. Potem niespiesznie odwróciły się w moją stronę. Kiedy już wszystko było obczajone, pobiegły dalej w swoją stronę.

Nic nie zastąpi spotkania dzikiej zwierzyny oko w oko. Nie z samochodu, nie z czatowni, nawet nie z roweru. Za każdym razem te same emocje. Może to nienormalne, że się tym tak ekscytuję, ale mnie to jakby serio kręci. Te przypadkowe, niewymuszone spotkania.

Towarzystwo

Wczoraj po raz kolejny mieliśmy słoneczny dzień. Oczywiście skoro świt byłem już w lesie i na dzień dobry spotkałem kilka jeleni. Kiedy słońce wzeszło i wyjrzało już zza zebranych nisko nad horyzontem chmur, postanowiłem wyjść z lasu na otwartą przestrzeń i zażyć nieco witaminy D.

Była spora różnica temperatury między wychłodzonym lasem, a nagrzewającymi się od słońca polami. W bezpiecznej odległości cały czas towarzyszyły mi sarny.

Po jednym zdjęciu

Weekend oczywiście spędziłem w znacznej części spacerując po lesie. Mimo wiatru i padającego śniegu uważam ten czas za mile spędzony. W niedzielę spotkałem stadko gili. Nie pozwoliły podejść do siebie zbyt blisko. Co mój jeden krok, odlatywały dalej śmiesznie popiskując.

Udało się jednak zrobić po jednej fotce gilowi i pani gilowej. I innym gilom zjadającym coś ze śniegu.

Odpoczynek

Styczniowy poranek. Całkiem wiosenne warunki. To dopiero następnego dnia ma zacząć sypać śniegi przyjść mróz. Para sarenek wyleguje się na polnej drodze. Zajęły miejsce na szczycie pagóka, mogą obserwować, co dzieje się dookoła.

Zauważają mnie z daleka, jednak pozwalają podejść całkiem blisko. Jakby czuły, że z mojej strony nic im nie grozi. W rzeczywistości pewnie nie ufają nikomu, przypadek sprawia, że udaje się tyle podejść. Robię fotkę, zawracam. Niech sobie odpoczywają, bo gdy spadnie snieg już nie będa mieć tak kolorowo.