Trzy akty jednego wieczoru

Rowerowa wycieczka, a w gratisie spektakl na niebie w trzech odsłonach!

🔸 Akt pierwszy: ciepłe barwy i zachmurzone niebo – myślę sobie: „Może coś z tego będzie?”…

🔹 Akt drugi: po zachodzie, zatrzymałem się na wiadukcie nad autostradą – chłodne odcienie, zupełnie inny klimat.

🔺 Akt trzeci: jazda zakończona, ale na niebie zaczyna się jeszcze lepszy spektakl. Patrzę w górę… i co widzę? Niebo w kolorze czerwonym!

Ktoś by powiedział, emocje jak na czeskim filmie! No raczej nie dla mnie, ja to uwielbiam 🙂

Deszcz, co nie chce spaść

Virga? Co oznacza to tajemniczo brzmiące słowo? To taki deszcz, który wylatuje z chmury, ale nigdy nie dociera do ziemi – bo wcześniej wyparowuje. I właśnie takie zjawisko udało mi się złapać w wyjątkowych okolicznościach – nad kapliczką ze św. Nepomucenem, w towarzystwie zachodzącego słońca. A jak wiadomo, zachód słońca to najlepszy reżyser – pięknie podświetlił chmurkę i sprawił, że cała scena wyglądała wręcz bajecznie. Warto często spoglądać w niebo, bo nigdy nie wiadomo, co spektakularnego tam się akurat dzieje!

Mała chmurka, wielki efekt

Niby niepozorna, ale kiedy na niebie nie dzieje się nic bardziej spektakularnego, to dobre i to. Trzeba znaleźć odpowiedni kadr, żeby ta chmurka stała się ozdobą zdjęcia – a może nawet jego głównym bohaterem.

W takich momentach fotograf czuje dreszcz ekscytacji – bo wie, że to jego chwila, żeby zrobić z czegoś małego coś wielkiego. Trzeba działać szybko, bo światło się zmienia, a taka okazja może się już nie powtórzyć.

Mimo zimna

W dzień cieplutko, a rano i wieczorem ziąb – tak wyglądała pogodowa rzeczywistość na początku ubiegłego tygodnia. Wyjeżdżałem z domu, było komfortowo, na powrocie musiałem ostrzej przycisnąć, żeby nie zmarznąć.

A tu jeszcze postój na parę minut, żeby zrobić zdjęcia. Mimo że wiało i w momencie się wychłodziłem, tego widoku nie można było ot tak odpuścić.

Chmura z blaskiem

Zachód słońca, jak pewnie wiele innych. Już miałem odbijać do domu, już pogodziłem się z myślą, że spektaklu dziś nie będzie, aż tu nagle… niespodziewanie pojawiła się jedna, niepozorna na pierwszy rzut oka, chmurka.

Krótka chwila, odpowiednia wysokość nad horyzontem i idealne ułożenie słońca sprawiły, że zabarwiła się na pomarańczowo… a może to był róż? Przeciągnęła się leniwie nad horyzontem, złapała ostatnie promienie słońca i rzuciła na krajobraz ognisty blask.

Wierzba gwiazdą wieczoru

Marzec – miesiąc pogodowej ruletki. Niby wiosna puka do drzwi, ale zima jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. I właśnie w taki wtorkowy, mroźny wieczór wybrałem się na spotkanie z bohaterką dzisiejszego wpisu – samotną wierzbą na środku pola.

Stoi tam sama, bez towarzystwa innych drzew. Może raz na jakiś czas odwiedzi ją rolnik, do którego należy pole, gdzie stoi. Jednak to nie na niego najbradziej czeka. Ona wypatruje Witolda – bo wie, że jak już przyjdzie, to zrobi jej takie zdjęcie, że wszystkie inne drzewa zzielenieją z zazdrości 😄

Niebo straszy, a Witek pstryka

Wtorek, wieczór. Za oknem pogodowa loteria: raz niebo jak z pocztówki, raz chmurzyska. A z tych chmur… śnieg.

Ziąb i wiatr, ale Witek widzi w tym nie meteorologiczne nieszczęście, tylko fotograficzną okazję. Więc pakuje sprzęt i wyrusza w teren, przekonany, że złapie coś wyjątkowego.

Na horyzoncie pojawia się chmura. Masywna, potężna, jakby właśnie miała pochłonąć połowę horyzontu. Z jednej strony groźna, z drugiej – w wieczornym świetle wygląda prawie… przyjaźnie. Dla Witka to arcydzieło natury, dla innych – zwiastun końca świata 😄

Magia nieba i ludzie w panice – czyli jak nie wejść w kadr

Zachód słońca w pobliskim parku ze stawem. Muszę powiedzieć, że natura postanowiła zaszaleć! To był jeden z tych momentów, kiedy niebo zaczyna się palić, a chmury grają w teatrze cieni. Dosłownie, jakby natura miała swoje własne show, a ja byłbym tylko widzem.

Spaceruję z aparatem w ręce, a wokół mnie ludzie, którzy robią wszystko, by nie wpaść w kadr. Wygląda na to, że dla nich jestem jak jakiś zawodowy paparazzi, a nie tylko zwykły chłop z aparatem, który chce złapać kawałek tej magii. Zamiast patrzeć na mnie, powinni zwrócić uwagę na to niebo – to tam dzieje się prawdziwa magia!

Romantyzm level PRO

Spacer nad stawem – niby romantyczna randka, ale jednak z lekkim haczykiem. Bo wiecie, jak to jest – człowiek chce spędzić czas z żoną z pierwszego małżeństwa (całe szczęście wciąż tą samą!), ale jednocześnie przeczuwa, że na niebie szykuje się spektakl godny czerwonego dywanu. No to co? Pakuję aparat i w drogę!

I faktycznie, warunki były takie, że nawet kaczki patrzyły w górę z podziwem. Niebo płonęło kolorami, tafla wody odbijała wszystko jak lustro, a ja lawirowałem między romantycznym spacerem a polowaniem na idealny kadr. Żona dzielnie to znosiła, choć podejrzewam, że w myślach układała już plan, jak odwdzięczyć mi się równie „romantycznym” wyjściem – może do galerii handlowej.

Ostatecznie wszyscy byliśmy zadowoleni – ja miałem zdjęcia, my mieliśmy czas spędzony razem, a kaczki… cóż, kaczki pewnie liczyły, że zamiast aparatu będę miał chleb 🙂

Misja: Utapianie. Status: Niechętnie dryfuje.

Piątek wieczór, termometr pokazuje jakieś szalone kilkanaście stopni, niebo płonie odcieniami pomarańczu i różu… Normalnie wiosna przyszła za szybko! A skoro zima nawet nie próbowała się bronić, postanowiłem dopełnić tradycji i osobiście utopić Marzannę.

Spacer nad jeziorkiem był trochę jakby romantyczny – ja, moja pierwsza żona i te zastane, piękne okoliczności przyrody. W powietrzu unosił się zapach przedwiośnia, a w wodzie wylądowała nasza bohaterka – piękna, ekologiczna i całkowicie naturalna kukła, wykonana z w pełni biodegradowalnej trawy. Bez zbędnych przemówień, bez łez pożegnania – Marzanna odpłynęła w stronę zachodzącego słońca, a my mogliśmy oficjalnie uznać, że zima poszła w diabły.

PS. Tak naprawdę Marzanna wcale nie chciała odpływać, tylko uparcie tkwiła przy brzegu… i co gorsza – zastaliśmy ją już topiącą się!