Zamiast roweru

Co mi tu brakuje na tych zdjęciach? Więcej śniegu, chciałoby się powiedzieć. Ale ponoć idzie już nowa dostawa świeżego puchu dla Podkarpacia. Czy się z tego cieszę? Tak nie do końca. Bo bardziej od fotografowania śnieżnych krajobrazów wolałbym na przykład wyskoczyć na rower, bo od dwóch tygodni nie siedziałem na siodełku.

No ale każda pora roku musi przejść, teraz pora na zimę i nic na to nie poradzimy. Póki co zadowalam się tym, na co pogoda pozwala, jak na przykład spacerami z aparatem.

Pierwsze zdjęcie

Pierwsze zdjęcie w nowym roku będzie zdjęciem zrobionym w sylwestrowy wieczór.

To wtedy, zupełnie znienacka, pod koniec dnia nieco się wypogodziło, a że wcześniej skończyłem pracę, mogłem szybciutko wyskoczyć w plener. Wylądowałem na otwartej przestrzeni, kiedy na niebie pojawiły się piękne kolory.

Na chwilę. Na krótką chwilę. Jakby po tak długotrwałym zachmurzeniu słońce obawiało się pokazać na dłużej.

Odciągają uwagę

Odrobina czystego nieba potrafi ucieszyć bardziej, niż mogłoby się wydawać, a jeśli dochodzą do tego piękne kolory na niebie, to już w ogóle robi się przyjemnie. Dobre i te kilka chwil w ciągu krótkiego, zimowego dnia, kiedy wszystko nabiera optymistycznego akcentu, choćby w postaci kolorowych chmur.

Takie momenty trwają krótko, ale zostają w głowie na dłużej. Na chwilę odciągają uwagę od szarości, przypominając, że światło zawsze gdzieś się czai.

Po sąsiedzku

O panie i panowie… to, co zobaczyłem u siebie po sąsiedzku, przebiło moje najśmielsze oczekiwania! Wyszedłem tylko na chwilę, raptem paręset metrów za dom, żeby zerknąć, jak tam kolory na drzewach przed wieczorem – i aż mnie wmurowało. Szukałem po lasach, po pagórkach, po dalszej okolicy, a tu, proszę bardzo, taki czad dosłownie za płotem!

Kiedy wszedłem na tę dróżkę, niebo zaczęło mienić się ciepłymi barwami, a drzewa płonęły czerwienią i złotem. Cisza, żadnego wiatru, tylko ciche odgłosy moich kroków i to uczucie, że trafiłem w idealny moment.

Aparat był oczywiście w pogotowiu, a każdy kadr wyglądał jak gotowy obraz – zero kombinowania, czysta natura w najlepszym wydaniu.

Malarz nieba

Późny wieczór, słońce już za horyzontem. A jednak barwy nieba wciąż trwały i rozlewały się szeroko po polach.

Powietrze było nasycone spokojem, takim, który potrafi uspokoić nawet najbardziej rozbiegane myśli. Czuć było lekki chłód nadchodzącej nocy, ale nie był to chłód, który przeszkadzał. Drzewa stały nieruchomo jak strażnicy zmierzchu, a ich cienie zdawały się rosnąć wraz z ciemnością.

Patrząc na to niebo miałem wrażenie, że ktoś rozlał farby na płótnie i zostawił niedokończone dzieło, aby każdy mógł sam dopisać zakończenie. W takich chwilach czas przestaje się liczyć, bo jedyne, co się liczy, to trwanie w ciszy i patrzenie w stronę koloru.

Mimowolny świadek

To była spontaniczna wizyta nad wodą. Wracałem ze spaceru po lesie, kiedy coraz śmielej zaczęło pokazywać się słońce. A że po drodze miałem żwirownię, zajechałem – a tam… sami zobaczcie, co za klimat.

Światło odbijające się od tafli wody wyglądało tak, jakby ktoś rozlał złoto i zostawił je w spokojnym bezruchu. Cisza była gęsta, przerywana tylko szelestem liści na lekkim wietrzyku.

Poczułem się trochę jak przypadkowy świadek spektaklu, którego nikt nie zapowiadał, a który i tak zgromadził pełną widownię – w postaci drzew, traw i cieni. Ten moment miał w sobie coś z zapachu końca lata, gdy czas zwalnia, a powietrze pachnie nagrzaną ziemią.

Lepszy mąż

Może to jeszcze nie emerytura, ale w pewnym wieku człowiek znajduje czas, żeby przestać pędzić i znaleźć codziennie tę godzinkę na spokojny spacer z pierwszą bądź drugą żoną. W moim przypadku to się udaje tylko z pierwszą. Pewnie dlatego, że drugiej nie mam i w sumie sam nie wiem, dlaczego zacząłem je numerować…

Wracając do tematu – popołudniowa pogoda była ciekawa. Przez cały spacer pół nieba w chmurach, a drugie pół czyściutkie ze świecącym słońcem. Romantyczny klimat sprzyjał spacerowi i, kto wie, może nawet mojemu wizerunkowi dobrego męża.

Na sam koniec dnia, kiedy słońce już zaszło za horyzont, chmury zaczęły robić się „wściekle” pomarańczowe. Nie wiem, co chciały mi przekazać tym kolorem…

Wcześniejsze zachody

Trzeba się już spieszyć, żeby zdążyć na zachód słońca. Słońce zachodzi teraz znacznie wcześniej niż w środku lata – krótko po 19.00 jest już po wszystkim, a świat zaczyna zbierać się do snu. I bardzo dobrze, bo jako ranny ptaszek często chodzę spać z kurami, więc wcześniejsze zachody słońca to dla mnie prawdziwy luksus. Po powrocie jeszcze zostaje czas na przejrzenie zdjęć, zanim wpadnę w objęcia Morfeusza.

Na zdjęciach jeden z ostatnich wieczorów i mój spacer po niedalekiej okolicy, gdzie rośnie samotna, urokliwa wierzba. Wieczór był spokojny, cichy, a powietrze pachniało jeszcze letnią zielenią. Kolory nieba robiły się coraz bardziej nasycone, a światło nadawało wszystkiemu niesamowity, lekko magiczny klimat – taki moment, kiedy chciałoby się, by trwał wiecznie.

Polne widoki

W ubiegły piątek co prawda było pochmurno, ale na wieczór prognozy przewidywały przejaśnienia. Jadąc na miejscówkę, nic na to nie wskazywało, ale już po kilkunastu minutach spaceru zaczęło się faktycznie przejaśniać i świat od razu wyglądał inaczej. Pozostałe na niebie obłoczki, a do tego niskie słońce przebijające się między nimi, tworzyły bardzo przyjemny klimat.

Jedynie temperatura nie sugerowała, że to sierpień, ale idąc pod górkę, szybko się rozgrzałem.

A same widoki? No cóż, sami zerknijcie. Bez wyszukiwania specjalnie malowniczych miejsc – po prostu szedłem i raz po raz robiłem zdjęcia, jeśli jakiś potencjalny kadr zwrócił moją uwagę.