Mgieł i brak drugiego śniadania

Wtorkowy poranek. Budzę się przedwcześnie. Przeciągam się, zerkam przez okno… i momentalnie dochodzę do siebie. Mgieły!

Nie zabieram ze sobą nawet drugiego śniadania, ale zamiast tego biorę aparat, wskakuję do auta i pruję w plener. Po drodze do pracy muszę zaliczyć jeszcze na szybko kilka miejscówek.

Oniemiewam. Mgły snujące się leniwie nad polami, niziutkie słońce dające cudne, miękkie światło, cisza i ziąb – ale taki przyjemny. Wspaniałe warunki, cieszę się jak dziecko w Legolandzie, a może i bardziej.

Las, cisza i Witek na stanowisku

Są takie chwile, dla których warto wstać zanim świat się obudzi. Kiedy większość ludzi przewraca się na drugi bok, ja już spaceruję po lesie, a światło robi wszystko, żebym nie żałował decyzji o wyjściu z ciepłego łóżka.

Kilka dni temu był taki właśnie poranek. Mgła snuła się leniwie między drzewami, słońce przebijało przez gałęzie, jak reflektory w starym zadymionym pubie. W powietrzu unosiła się obietnica czegoś wyjątkowego. Spokój, cisza i pierwszy świergot ptaków – jakby dyrygent właśnie uniósł batutę i miał zaraz rozpocząć koncert.

I na to wszystko nadchodzi Witek, jak zawsze na stanowisku, gotowy uchwycić ten spektakl w kadrze.

Szron, mgiełka i akacje – poranna magia!

Niedziela. Trzeci raz z rzędu wstawiam zdjęcia z tego samego poranka. Tak, dobrze widzicie, znowu akacje. Ale narobiłem tyle tych zdjęć, że nie mam serca ich po prostu usunąć! Jakbym miał nie pokazać wam tego niesamowitego nieba w kolorach różowo-czerwono-pomarańczowych, to byłby grzech i to ciężki!

W powietrzu ta lekka, prawie eteryczna mgiełka, jakby chmurki były zaproszeniem do tańca, a szron na trawie – bajkowym dodatkiem do całego spektaklu.

Chciałem napisać, że dźwięki poranka były jak najdelikatniejszy koncert skrzypiec, ale było tak cicho, że jedynie odgłos moich kroków na lodowatej ziemi mącił tę magiczną ciszę.

Słońce XXL – edycja poranna

W pamiętny niedzielny poranek najlepsze rzeczy działy się pod akacjami punktualnie o wschodzie słońca. No, może nie do końca pod akacjami, bo ja stałem z aparatem jakieś 400 metrów od nich. I właśnie przez tą odległość i użycie teleobiektywu powstał efekt dużego słońca!

Wiedziałem, że rano pojawią się mgły, a dzięki nim słońce nie będzie aż tak ostre. I faktycznie – ukazało się jako piękna, żółciutka kulka, z którą matryca mojego aparatu poradziła sobie bez najmniejszego problemu.

Stałem na tym polu i niecierpliwie czekałem na spektakl. Palce mi lekko kostniały, ale kto by się tym przejmował, kiedy przed oczami rozgrywa się spektakl warty każdej minuty wczesnej pobudki. W myślach odliczałem: jeszcze chwila, jeszcze moment, aż kula znajdzie się dokładnie tam, gdzie chciałem. Kilka kroków prawo, potem kilkanaście w lewo, następnie sprint zboczem w dół pola. Tak właśnie, nie inaczej powstawały poniższe fotki 🙂

Poranne dylematy i akacjowe objawienie

Niedziela, godzina piąta rano. Budzę się i przez pięć minut toczę heroiczną walkę wewnętrzną: przewrócić się na drugi bok i spać dalej, czy jednak zebrać się na zdjęcia? Argumenty „jest ciemno”, „jest zimno” i „jest niedziela” są bardzo przekonujące, ale nagle włącza się wewnętrzny głos fotografa: „A jak przegapisz najlepszy wschód słońca sezonu?”. No i klops – nie ma odwrotu, trzeba jechać.

Przeczucie nie zawiodło – na niebie trwa prawdziwy spektakl barw. Pomarańcze, żółcie, wszystko co trzeba, żeby o piątej rano człowiek poczuł, że warto było wstać. I do tego jeszcze ten subtelny słup słoneczny, który pojawił się dosłownie na kilkadziesiąt sekund.

Fotki zrobiłem już po wschodzie słońca, a co działo się wcześniej? O tym już jutro, nie przegapcie! 🙂

Lodowa pokusa

Zatrzymałem się na żwirowni, żeby zrobić kilka zdjęć, a tam gruba tafla lodu kusiła mnie do poślizgania się, jak za młodych lat. Szybko jednak się opamiętałem i przypomniałem sobie po co tu przyjechałem. Spojrzałem w górę – niebo było przepiękne, pomarańczowo-żółte, a kolory odbijały się w lodzie tak pięknie, że zapomniałem o jakimkolwiek szaleństwie, które w moim wieku mogłoby się skończyć wizytą u ortopedy.

Pastelowy wschód

Jeden z ostatnich poranków. Stałem nad czymś, co kiedyś było bajorkiem, a teraz nie dość, że wyschło, to jeszcze zamarzło. Czekałem, aż niebo zdecyduje się w końcu pokazać coś więcej. Kilkanaście minut przed wschodem zaczęło nabierać barw. Nieśmiało, jakby nie chciało zdradzać swoich tajemnic.

Pierwsze delikatne różowe odcienie były zapowiedzią czegoś większego, jednak wielkich fajerwerków nie było. Potem niebo znów zamilkło. Jakby mówiło: „To wszystko, co masz dzisiaj dostać. Więcej innym razem!”

Złoto na wodzie

Wracałem już ze zdjęć, gdy coś mnie tknęło, żeby jeszcze zajrzeć nad wodę. I całe szczęście, bo właśnie wtedy zrobiło się najpiękniej – słońce rozlało złoto po tafli lodu, a trzciny zaczęły lśnić jak nitki bursztynowego jedwabiu na wietrze.

Tak to jest z fotografią – człowiek planuje, wstaje skoro świt, biega po polach w poszukiwaniu idealnego kadru, a najlepsze światło czeka akurat wtedy, gdy myśli się już tylko o ciepłej herbacie.

No ale jak tu nie wyjąć aparatu, gdy natura sama podaje gotowe kadry? Kilka ujęć, paręnaście minut zachwytu – i dopiero można wracać do domu, z pełną kartą pamięci i lekkim niedosytem, że to już koniec tego poranka.

Świt pod nadzorem Księżyca

Nie ma to jak wstać w niedzielę o nieludzkiej porze, kiedy normalni ludzie jeszcze przewracają się na drugi bok. Ja zamiast spać pakuję aparat i jadę w pola.

Jednak nie byłem tam sam. O nie! Miałem towarzysza. Na niebie, wśród pastelowych kolorów przedwschodowego spektaklu, czaił się sierp księżyca. I nie wiem, czy to ja śledziłem jego, czy on mnie, ale na pewno się nie rozstawaliśmy.

Sceneria była trochę jak z bajki – drzewa rysowały się na tle różowo-fioletowego nieba, na termometrze przyjemne minus zero stopni, a ja stałem i podziwiałem ten spektakl, zastanawiając się, czy to na pewno niedzielny poranek, czy może jednak jakaś alternatywna rzeczywistość, w której wstawanie o świcie jest całkowicie normalne i nikt nie tęskni za ciepłą kołdrą 🙂

Ryba na obiad

Ubiegła niedziela zaczęła się dla mnie wcześnie. Wstałem równo ze wschodem słońca, ale zanim zebrałem się w drogę i dojechałem na miejsce, była już niemal ósma. Termometr wskazywał -10 stopni, więc spodziewałem się przenikliwego zimna. Jednak z każdą minutą, gdy słońce wznosiło się coraz wyżej, powietrze robiło się coraz cieplejsze.

Lekka mgiełka snująca się nad zamarzniętą taflą jeziora i niskie słońce tworzyły specyficzne, miękkie światło.

O dziwo, pomimo mrozu, po drodze spotkałem kilku spacerowiczów, którzy najwyraźniej, tak jak ja, doceniali urok zimowego poranka. Dwóch wędkarzy odważnie weszło na lód, pewnie żeby złapać coś na niedzielny obiad 🙂

Ten poranek był jednym z tych, dla których warto wcześnie wstać i wyjść z domu, a poniższe zdjęcia to tylko część tego, co mogłem zobaczyć na własne oczy.