Brakło tylko słońca. Nawet wiatr bardzo nie przeszkadzał, no i było przyjemne prawie 20° C. Wsiadłem na rower i objechałem okolicę w poszukiwaniu wiosennych kadrów.




Brakło tylko słońca. Nawet wiatr bardzo nie przeszkadzał, no i było przyjemne prawie 20° C. Wsiadłem na rower i objechałem okolicę w poszukiwaniu wiosennych kadrów.




Nic nowego nie napiszę i nic nowego nie pokażę. Nic innego poza kolejnymi kadrami z moich rowerowych wojaży. Wypatrzone i uwiecznione. Swoisty klimat chwili i miejsca. Pozostanie na zdjęciu i w mojej pamięci.




To jeszcze nie jest to. To jeszcze nie są te wiosenne widoki pełnie soczystej zieleni i drzew owocowych ukwieconych na biało. Ale jest to już bardzo blisko. Lada dzień. To wszystko koniecznie podziwiane po wschodzie słońca, albo przed zachodem. Światło złotej godziny maluje najpiękniej.




W takiej szkole to chyba wiedza łatwiej wchodzi. Podczas jednej z moich wypraw rowerowych zajechałem pod Zespół Szkół w Tyczynie, który mieści się w dawnym pałacu Wodzickich. Piękne budynki i urokliwy park. Aż się dziwię sam sobie, że wcześniej tam nie trafiłem.



Długa droga za mną. Końcówka dnia zastała mnie w jednej z moich od niedawna ulubionych miejscówek. Niebo zaczęło robić się różowe. Z chwili na chwilę nabierało coraz intensywniejszych kolorów. Porzuciłem mój wehikuł i sięgnąłem po aparat. To trzeba było uwiecznić.



To był Wielki Piątek. Krótko przed zachodem. Zabrałem rower na gościnne występy w okolice Przemyśla. Na niebie miał miejsce przepiękny zachód słońca.
Pędziłem jak szalony w poszukiwaniu miejsca do zrobienia zdjęć. Nie znam tamtych terenów za grosz, więc liczyłem na łut szczęścia. Znalazłem trzy miejscówki na czas.



Jeśli jadę rowerem i nic nie sfotografuję, to też jest fajnie. Ale jeśli podczas jazdy trafi się jakiś ciekawy warun, albo fajna miejscówka, to jest jeszcze lepiej. Tak było kilka dni temu, kiedy mogłem obserwować widowiskowe słońca poboczne. Moją uwagę zwrócił też ciekawy miniwiadukt nad linią kolejową.




Przydrożne krzyże nigdy nie przestaną mnie fascynować. Dzięki rowerowi mogę docierać do tych „ukrytych” w szczerych polach. Przy polnych dróżkach, gdzie można dojechać tylko, gdy jest sucho. To taki symbol polskiego, a może tylko podkarpackiego krajobrazu.




Wracam do domu z roweru i już mi tego brakuje. Już myślę o następnej wyprawie. Jazda sama w sobie jest też fajna, ale najlepsze są te niespieszne przejażdżki z częstym zbaczaniem z asfaltu i szukaniem nowych miejsc.
Nie ma ich już zbyt wielu w okolicy, ale udaje się jeszcze od czasu do czasu zauważyć po drodze coś nowego. Znaleźć nowe kadry.




Pomyślałem, że są bociany, to śniegu już nie będzie. Nie więcej jak dwie godziny później… padał śnieg. W ostatniej chwili zdążyłem wrócić do domu z przejażdżki rowerowej.
Wcześniej jednak pogoda była chwilami całkiem ładna, choć chłodek dawał sie we znaki.



