Jeszcze tam wrócę

Niedzielna przejażdżka rowerowa to nowe tereny, które choć oddalone zaledwie o 20–30 kilometrów od domu, nigdy nie zostały przeze mnie zeksplorowane rowerem. Po tej jeździe dotarło do mnie dlaczego – sporo tam stromych podjazdów, a drogi prowadzą głównie terenami zabudowanymi.

Niemniej oczywiście nie żałuję, tym bardziej że trafiłem na dwie klimatyczne kapliczki oraz kilka kilometrów tras prowadzących przez las. Do tych leśnych odcinków mam plan wrócić, gdy kondycja będzie w szczycie, a do kapliczek też chcę jeszcze zajrzeć, ale o poranku lub, jeszcze lepiej, wieczorem, kiedy światło będzie zdecydowanie zacniejsze.

Wiatrak i nie tylko

Weekend spędziłem na dwóch niespełna pięćdziesięciokilometrowych przejażdżkach rowerowych, a jedna z nich, sobotnia, to między innymi wizyta przy wiatraku w Różance. Lubię tam zajechać, zwłaszcza rano, bo to miejsce ma swój niepowtarzalny klimat.

Niby nic takiego – ot stary wiatrak, choć sumiennie odrestaurowany. Ale poza tym widoki stamtąd są naprawdę zacne na pobliskie wzgórza Różanki i Grodziska.

Szlakiem kapliczek

Sobota była kolejnym dniem bez jednej chmury na niebie. Ale przynajmniej rano nie było przymrozku, co pozwoliło krótko po świcie wyruszyć w drogę. Tym razem wybrałem się na południe, gdzie jest więcej pagórków, ale i po górkach jeździ się fajnie, bo co prawda pod górę jest ciężko, ale z górki można odpocząć.

Po drodze przystanąłem na chwilę przy kilku przydrożnych kapliczkach.

Chmury

Ciężko w to uwierzyć, ale owszem, był jeden dzień z chmurami. I to akurat wtedy, gdy zaplanowałem rower. Wtorek był i pochmurny, i dość chłodny. Wiatr nie rozpieszczał i jak na złość zawsze wiał w stronę przeciwną niż jechałem.

Ale skoro już zwolniłem się z pracy, to trzeba było jechać. Mimo niesprzyjających okoliczności jeszcze nigdy nie wróciłem z roweru niezadowolony, więc tak też było i tym razem. 

Co innego…?

Co ja mogę Wam innego pokazać, niż kilka kolejnych fotek, które zrobiłem w drodze. Wczoraj właśnie legalnie w południe oddaliłem się ze stanowiska pracy, udałem się do domu, wsiadłem na rower i pojechałem przed siebie. Te 11 stopni na termometrze to trochę złuda. Jadąc, odczucie temperatury jest zupełnie inne, ale dobry ubiór zapewnił komfort termiczny i mogłem bez żadnych rozpraszaczy w postaci chłodu cieszyć się jazdą.

No, może wiatr nieco przeszkadzał, ale tylko w jedną stronę. A kiedy zjeżdżałem z asfaltu na leśne ścieżki, zapomniałem o wszystkim. W lasach jest już w miarę sucho, ale wciąż sporo połamanych drzew po listopadowych opadach śniegu. Pamiętacie, co u nas na Podkarpaciu się wtedy działo? Wszystko było oblepione mokrym śniegiem i teraz widać tego skutki, zwłaszcza w lasach.

Wody nie brakuje

Czasami przeglądam moje zdjęcia z czasów, kiedy specjalnie jeździłem na plenery. Wyczekiwałem odpowiedniej pory, śledziłem prognozy pogody i wpatrywałem się w niebo. Trochę mi z jednej strony żal tamtej intensywności, ale ta pasja przecież wciąż trwa. Tyle że teraz jest produktem ubocznym wypraw rowerowych i pieszych. Fotografuję jakby przy okazji i rzadko zdarza mi się jechać stricte na zdjęcia z aparatem. Smartfon zastąpił go w jakichś 90 procentach.

Dziś kolejna partia kadrów z niedzielnej przejażdżki. Na drogach jeszcze błoto i rower z żółtego zmienił kolor na brązowy, ale wody w domu nie brakuje, a z polnych dróg świat wygląda zdecydowanie korzystniej.

Tryptyk rowerowy

To był udany, przedłużony weekend. Trzy przyjemne trasy rowerowe po około pięćdziesiąt kilometrów, a zdecydowanie najpiękniejsza w niedzielę. Dlaczego? Dlatego, że tego dnia wyruszyłem w drogę punktualnie o świcie, w porze, którą najbardziej lubię na takie eskapady.

Nie było jeszcze upału, tylko przyjemne 2 – 4 stopnie. Bo potem słońce już jarało i zrobiło się chyba z piętnaście. Upał pierwszomarcowy 🙂

A na poważnie, to rano przede wszystkim bywa piękne światło i nie ma ruchu na drogach. No i po powrocie jest jeszcze czas, żeby odpocząć i ewentualnie wybrać się na zachód słońca. Ale o tym jutro.

Pięćdziesiątka nr 2

Miejscami 15 stopni na termometrze. W lutym! Naprawdę przyjemne ciepełko i mimo lekkiego zmęczenia po wczoraj, dziś pojechałem na kolejną pięćdziesiątkę. Tym razem trochę po górkach, żeby sprawdzić, jak mają się polne drogi i leśne ścieżki. Myślę, że jeśli pogoda się utrzyma, to za kilka dni błoto wyschnie i będzie można śmigać poza asfaltem bez obawy o ubłocenie roweru i siebie.

Dziś sobota, więc na trasie spotkałem już kilku rowerzystów. Jedni wydawali się być w całkiem dobrej formie po zimie, ale byli też tacy jak ja, którzy brak formy nadrabiali miną i dobrym humorem. Jutro znowu będzie kusiło, żeby jechać… tylko czy nogi dadzą radę? Kto to wie.

Nie, nie zmieniłem roweru

Nie, nie zmieniłem roweru. To mój stary Giant, który wrócił do łask, kiedy czerwony jest w serwisie. Żółtego Gianta użytkuję już 24 lata. Jak dziś pamiętam dzień, w którym go kupiłem. Trafiła się okazja i decyzję podjąłem natychmiast. Mimo że był używany, stan miał prawie idealny, a przesiadka ze starego budżetowego górala na Gianta była jak przesiąść się z malucha do mercedesa. Jak widać, służy mi do dziś jako rower zastępczy.

Dzisiejsza pogoda nie pozwalała siedzieć w domu. Nie czekałem nawet, aż się ociepli. Gdy wyjeżdżałem, było raptem 3 stopnie na plusie, a dopiero później, w trakcie jazdy, zrobiło się 11. Zaplanowałem 50-kilometrową, lajtową pętelkę, mało uczęszczanymi drogami, sporo przez las. Bez zajeżdżania się. Spokojnie, turystycznie. Od czasu do czasu zatrzymując się, żeby pstryknąć zdjęcie albo nagrać ujęcie do filmu.

Jedno

Jedno zdjęcie z ubiegłotygodniowej przejażdżki rowerowej. Z resztkami śniegu, ale suchą drogą, I kolorowym niebem, które o zachodzie postanowiło przybrać pomarańczowo‑granatowe barwy, malując okolice na delikatny fiolet.

Nierealne? Otóż realne,  tylko że te momenty trwają naprawdę krótko. Trzeba bacznie obserwować i pstryknąć zdjęcie w odpowiednim momencie.