Tym razem na nogach

Na początku roku postanowiłem, że mniej roweru, a więcej fotografowania lustrzanką. Dopiero zdrowie wymusiło dotrzymanie przyrzeczeń. Aktualnie nie wsiadam na dłużej niż 30 kilometrów, a dzięki temu już kilka razy udało się wziąć na spacer prawdziwy aparat.

Pogoda w ostatnich dniach jest taka, że na Pogórzu Strzyżowskim co rano zalegają w dolinach mgiełki. Postanowiłem zatem wybrać się na spacer i w spokoju, bez pośpiechu, przejść kilka kilometrów i uwiecznić co ciekawsze widoki.

Czy to szczęście?

– Ty to masz szczęście do takich widoków – piszecie do mnie czasami.

Czy to faktycznie szczęście? Muszę zdecydowanie zaprzeczyć. Co więc sprawia, że jestem świadkiem takich malowniczych spektakli natury?

Po pierwsze – śledzenie prognoz pogody, ale bez ślepego im ufania. Również własne obserwacje i odrobina intuicji mają znaczenie. Po drugie – jak najczęściej warto być w terenie. Rachunek prawdopodobieństwa wskazuje, że wtedy okazji będzie więcej.

Kolejna sprawa to przemieszczanie się – nieraz bywa tak, że świetne warunki panują w jednym miejscu, a już kilkaset metrów dalej ich nie ma. A na samym końcu wystarczy znaleźć kadr i pstryknąć fotę. 😉

Park w Wiśniowej

Park w Wiśniowej. Przed wizytą zastanawiałem się, na jakie warunki trafię tym razem. Prognozy pogody wskazywały, że poranek będzie słoneczny. Zaplanowałem być tam jakąś godzinkę po wschodzie słońca, aby docierały już promienie słoneczne.

Rzeczywistość okazała się zgoła inna. O ile na terenach położonych wyżej świeciło słońce, tak w dolinie, gdzie znajduje się park, zalegała mgła skutecznie zasłaniająca światło. Przenikały jedynie nieliczne promienie. Na dodatek nic nie wskazywało na to, że sytuacja wkrótce się zmieni.

Cóż, nie pozostało mi nic innego, jak fotografować w takich warunkach, które, nawiasem mówiąc, również miały swój specyficzny urok.

O ósmej po robocie

Sobota. Budzę się o wschodzie słońca – to ten dzień, kiedy po ponad dwóch tygodniach mam zamiar wsiąść na rower i bez bólu przejechać przynajmniej półtorej godziny. Już próbowałem raz i źle się to skończyło. Tym razem się udaje – po jeździe czuję tylko ból mięśni, bo po takiej przerwie zdążyły zapomnieć, do czego są.

Pogoda taka sobie – na niebie chmury, światło mało ciekawe, ale jakże cieszy jazda o poranku! Wstępuję do moich ulubionych miejsc – nad zalewy w Kamionce i Cierpiszu. Niespiesznie wracam do punktu startu.

Mimo upałów, które panują w ciągu dnia, jest jeszcze w miarę chłodno. Jeszcze nie ma ósmej, a ja już po robocie.

Cisza

Stonowane, pastelowe kolory. Cisza, bo do najbliższych zabudowań i dróg jest kilkaset metrów. Ani grama wiatru. I ten zapach… wilgotnej trawy, ciepłej ziemi i ogólnie… lata.

Cisza aż dzwoni w uszach – taka, która nie przytłacza, tylko otula. Każdy krok po polnej drodze brzmi jakby wyraźniej, a każdy oddech w tej ciszy wydaje się niemal dyszeniem.

Powietrze miękkie, jakby przefiltrowane przez zachodzące słońce. Zero pośpiechu, żadnych spraw do załatwienia – tylko ja, aparat i niebo, które właśnie dziś postanowiło pokazać się z tej bardziej subtelnej strony.

W takich chwilach wszystko zwalnia. Nawet myśli.

Przymus

Odkąd z przymusu rower poszedł w odstawkę, częściej sięgam po aparat i wybieram się na zachody słońca. Co prawda nie tak regularnie, jak kiedyś, ale kilka razy udało się zmobilizować i… proszę bardzo – oto efekty.

Tym razem trafiłem idealnie – tuż po zachodzie niebo zagrało cudownymi kolorami. Taki spektakl to najlepszy motywator, żeby jednak ruszyć się z domu, nawet gdy na przykład po bieganiu chciałoby się tylko leżeć.

Oczywiście nie trzeba jechać daleko, żeby złapać magię. Wystarczy odrobina chęci, aparat i niebo, które akurat ma ochotę się popisać.

Interwały

Spacer uprzyjemniały tnące bąki. Ale przynajmniej potrenowałem wymachy ramion. Odpędzanie się od nich pochłonęło więcej energii niż sam spacer. Co poradzić, taki urok letniego wieczoru.

Z drugiej strony, przy takiej ilości owadów człowiek przestaje się snuć bez celu i zaczyna naprawdę iść z werwą. Zamiast relaksu – interwał. A po wszystkim można usiąść w domu policzyć nowe ugryzienia i udawać, że to nic… bo przecież było piękne światło.

Sierpniowe czary

Złote sierpniowe wieczory… Mam nadzieję oglądać ich w bieżącym miesiącu przynajmniej kilka razy. Złocące się zboża, czerwone Bizony, których w mojej okolicy wciąż wiele, bele słomy. Niespieszne spacery polnymi drogami i zapachy lata.

W powietrzu czuć już lekki powiew końcówki wakacji, ale to właśnie teraz kolory nabierają głębi. Trzeba tylko dać się ponieść temu rytmowi i pozwolić sierpniowi działać swoje czary.