Akacje po drodze

Akacje. Padło na nie tego poranka, bo mam je po drodze do pracy. Aura była taka, że mimo iż ciało chciało zostać w łóżku, to duch rwał się w plener. Chciał iść i podziwiać na żywo te cudowne widoki. A było co podziwiać. Świat spowity miejscami gęstą, a miejscami nieco rzadszą mgłą.

Nad nią nierealnie różowe niebo z subtelnymi obłoczkami. Zero wiatru, zero jakichkolwiek odgłosów i dźwięków. Może to mgła tak je tłumiła, a może było jeszcze za wcześnie nawet na wiejskie psy, które lubią poszczekiwać. Nawet bażanty, często drące się z chaszczy, tym razem siedziały cichutko.

I właśnie w takich chwilach człowiek łapie dystans – jakby cały świat zatrzymał się na moment i pozwolił nacieszyć oczy tym spektaklem. To ten rodzaj ciszy i światła, który wchodzi w głowę i zostaje na długo, przypominając, że czasem warto wstać wcześniej, by poczuć magię zwykłego poranka.

Przerwa fotorowerzysty

Trochę się fotograficznie działo w ubiegłym tygodniu – trzy czy cztery cudowne plenery z pięknym niebem, mgłami i bajkowym klimatem. Ale najpierw kilka zdjęć z dzisiejszej wyprawy rowerowej. Po dłuższej przerwie ruszyłem nieco dalej, oczywiście o mojej ulubionej porze, jeszcze po ciemku, żeby złapać najpiękniejsze warunki.

Przez ponad dwie godziny towarzyszyła mi cisza, subtelnie kolorowe niebo i kilkanaście czapli siwych, które spotykałem na kilku łąkach. Czyżby zbierały się do odlotu? Podobno część zostaje na zimę w Polsce, ale czy to prawda… nie jestem ornitologiem i zupełnie się na tym nie znam. Zdjęć czapli jednak nie mam, bo nie zabrałem lustrzanki, a na smartfon były dużo za daleko 😦

Po dłuższej przerwie taka wyprawa smakuje podwójnie. Nogi i kręgosłup trochę marudziły, ale głowa miała wrażenie, że wróciła do domu: wolność, spokój i świt grający tylko dla mnie. To jest właśnie radość fotorowerzysty — odrobina zmęczenia, sporo zachwytu i uśmiech, który trzyma do wieczora.

Jeszcze raz i jeszcze

Światło. Podstawa fotografii. Jak światło się zgadza, to nawet niespecjalnie trzeba się głowić nad kadrem – gdzie się nie wymierzy obiektywem, mnożą się kolejne i kolejne ujęcia. Zwykłe miejsca, w których bywałem wiele razy, nabierają nowego wymiaru wieczorem lub o świcie.

Czasem wystarczy krok w bok albo spojrzenie spod innego kąta i nagle z niczego rodzi się obraz wart zapamiętania. To trochę jakby natura mrugała do fotografa i zachęcała go na swój sposób. Wtedy trudno się oprzeć, żeby nie nacisnąć spustu migawki jeszcze raz… i jeszcze raz.

Wał z mgieł

Słońce dopiero wstało, kilkanaście minut temu. Może trochę więcej. Kiedy niebo po wschodniej stronie jest czyściutkie niczym tafla szkła, to po drugiej stronie, nad wzniesieniami, przelewają się solidne mgły. Jestem pod wrażeniem – wygląda to jak wał fenowy nad wysokimi górami! Widok niezwykły, który dotąd znałem tylko z filmów w sieci. A tu na własne oczy widzę podobne zjawisko na moim Pogórzu Strzyżowskim!

Stałem jak zaczarowany i nie mogłem się napatrzeć. Każda minuta przynosiła nowe kształty i nowe odcienie, jakby niebo malowało obraz specjalnie dla mnie. Czułem, że uczestniczę w czymś wyjątkowym, w spektaklu, który trwa krótko, ale zostaje w pamięci na długo.

Radość fotografa we mnie aż buzowała – ręce same rwały się do aparatu, a serce podpowiadało: patrz, podziwiaj i zapisuj w głowie. To były chwile czystej magii, gdy człowiek naprawdę oniemiewa z zachwytu. Takie poranki to dar, który przypomina, że najpiękniejsze obrazy maluje natura.

Cisza

Słyszycie coś? Nie, z tych zdjęć nic nie słychać. Jest na nich cichutko, jak makiem zasiał. Może gdzieś tam w oddali, z pobliskiej wioski, słychać pianie koguta. Może świergot ptaków, które o tej porze roku rano wydają się również rozleniwione. Czasem coś zaszeleszcze w trawie – pewnie jakaś mysz, albo inny malutki zwierz.

Mnie ta cisza wcale nie przeszkadza. Ani trochę. Wręcz pomaga. W takiej ciszy łatwiej mi złapać oddech, oderwać się od codziennego zgiełku i naprawdę poczuć otaczającą mnie przyrodę. Spacerując po polach we wczesnym porannym świetle i mgłach, czuję, jak wszystko zwalnia – każdy krok, każdy oddech staje się częścią tego spokojnego rytmu.

Cisza pozwala mi dostrzec detale, które normalnie umykają: migotanie rosy na źdźbłach trawy, delikatny taniec mgły nad łąką, czy subtelne kolory wschodzącego słońca. To chwile, w których czas przestaje istnieć, a ja mogę być po prostu tu i teraz.

Wcześniejsze zachody

Trzeba się już spieszyć, żeby zdążyć na zachód słońca. Słońce zachodzi teraz znacznie wcześniej niż w środku lata – krótko po 19.00 jest już po wszystkim, a świat zaczyna zbierać się do snu. I bardzo dobrze, bo jako ranny ptaszek często chodzę spać z kurami, więc wcześniejsze zachody słońca to dla mnie prawdziwy luksus. Po powrocie jeszcze zostaje czas na przejrzenie zdjęć, zanim wpadnę w objęcia Morfeusza.

Na zdjęciach jeden z ostatnich wieczorów i mój spacer po niedalekiej okolicy, gdzie rośnie samotna, urokliwa wierzba. Wieczór był spokojny, cichy, a powietrze pachniało jeszcze letnią zielenią. Kolory nieba robiły się coraz bardziej nasycone, a światło nadawało wszystkiemu niesamowity, lekko magiczny klimat – taki moment, kiedy chciałoby się, by trwał wiecznie.

Wrzesień

Jak to się stało? Jak to możliwe, że już mamy wrzesień? Przecież dopiero co cieszyliśmy się z pierwszych dni wiosny, potem z pełni lata… a jednak. Ale chwila, chwila – przecież meteorologiczne lato wciąż trwa! Może zrobi się nieco chłodniej, ale do jesieni jeszcze daleko. I bardzo dobrze, bo każdy miesiąc ma w sobie coś pozytywnego, także w pogodzie.

Wrzesień to taki miesiąc na granicy – z jednej strony jeszcze lato, z drugiej już lekki przedsmak jesieni. Poranki bywają rześkie, mgły robią się coraz piękniejsze, a wieczorne światło potrafi zaczarować. To też czas, kiedy można jeszcze złapać ostatnie ciepłe dni, a jednocześnie powoli szykować się na jesienne kolory w naturze.

No i umówmy się – wrzesień ma w sobie coś wyjątkowego. Trochę nostalgii, trochę nowego początku (w końcu zawsze kojarzył się ze szkołą), ale też ogrom uroku w codziennych drobiazgach. Taki balans między tym, co było, a tym, co dopiero nadchodzi.

Przed pracą

Wschody słońca robią się coraz późniejsze. Teraz wypadają tuż przed godziną, gdy ruszam codziennie do pracy. Dzięki temu mogę się gdzieś zatrzymać po drodze i przez chwilę nacieszyć oczy ich pięknem.

Tak było chyba w ubiegły wtorek. Rano zaskoczyły mnie na niebie piękne, pasiaste chmury – jakby ktoś specjalnie je namalował, żeby umilić początek dnia. Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie zrobić kilku zdjęć.

W takich chwilach człowiek aż zapomina, że jedzie do roboty. Czuję się wtedy trochę jak turysta na własnym podwórku – niby codzienna droga, a jednak co rano potrafi zaskoczyć. I to jest właśnie ta mała magia poranków.

Polne widoki

W ubiegły piątek co prawda było pochmurno, ale na wieczór prognozy przewidywały przejaśnienia. Jadąc na miejscówkę, nic na to nie wskazywało, ale już po kilkunastu minutach spaceru zaczęło się faktycznie przejaśniać i świat od razu wyglądał inaczej. Pozostałe na niebie obłoczki, a do tego niskie słońce przebijające się między nimi, tworzyły bardzo przyjemny klimat.

Jedynie temperatura nie sugerowała, że to sierpień, ale idąc pod górkę, szybko się rozgrzałem.

A same widoki? No cóż, sami zerknijcie. Bez wyszukiwania specjalnie malowniczych miejsc – po prostu szedłem i raz po raz robiłem zdjęcia, jeśli jakiś potencjalny kadr zwrócił moją uwagę.

Kadry przychodzą same

Wracałem samochodem z wieczornego spaceru, gdy nagle zwróciłem uwagę na kolor pojawiający się na chmurze. Co ciekawe, nie wisiała ona nad zachodnim horyzontem, ale po stronie północnej. Słońce, które właśnie skryło się za linią horyzontu, oświetliło ją jeszcze na moment swoimi rozproszonymi przez atmosferę promieniami. Z minuty na minutę nabierała coraz intensywniejszych barw.

Przejeżdżałem akurat przez szczyt wzniesienia, gdzie droga wiła się obok samotnego drzewa — idealne miejsce na szybkie zdjęcie. Pojechałem dalej, a chmura wciąż „świeciła”, więc zatrzymałem się ponownie, tym razem przy polu z belami słomy. Tam powstało kolejne ujęcie.

Takie niespodziewane momenty cieszą najbardziej — człowiek nie planuje, nie szuka specjalnie kadrów, a one same przychodzą i zmuszają wręcz, żeby się zatrzymać i nacisnąć spust migawki.