Jak się okazało nie tylko ja lubię podglądać rolników przy pracy. Jedna z zaprzyjaźnionych saren lubi to również 🙂




Jak się okazało nie tylko ja lubię podglądać rolników przy pracy. Jedna z zaprzyjaźnionych saren lubi to również 🙂




To był już trzeci dzień z rzędu kiedy fotografowałem Księżyc. Ale to tego dnia była najpełniejsza pełnia. I to tego dnia Księżyc zachodził dosłownie kilknaście minut po zajściu słońca. Jeśli dodać do tego idealną pogodę, mogło to zwiastować jedno – udane polowanie na wschodzący Księżyc.
Miejscówka przyszła mi do głowy całkiem niedawno, bo z prawie tego samego miejsca fotografowałem wschodzące za krzyżem słońce. Musiałem troszkę pobiegać po polach, aby zrobić te cztery różne kadry. Czasu było niewiele, bo Księżyc gnał w górę jak szalony. Do tego warunki zmieniały sie bardzo szybko, bo przecież robiło się coraz ciemniej i zmieniała się temperatura barwowa światła. Niemniej udało się i to bardzo cieszy.




Niektóre zdjęcia są planowane i wyczekane, inne to całkowity spontan i przypadek. Po prostu znalazłem się w odpowiednim miejscu i czasie. No i miałem ze sobą aparat.
Nic takiego – widziałem z daleka człowieka w traktorze bronującego pole i drugiego zbierającego ostatnie ziemniaki po wykopkach. Jednak kiedy znalazłem się w miejscu, gdzie oni stali się tylko ciemnymi postaciami na tle wieczornego nieba już wiedziałem, że muszę sięgnąć po aparat i że fotki mimo swojej prostoty i minimalizmu będą jednymi z moich ulubionych w tym miesiącu.



Słońce jeszcze nie wzeszło. Było jeszcze dosyć ciemno. Gdzieś tam przede mną wydawało mi się, że zobaczyłem jakiś ruch. Z tej odległości nie widziałem, czy to jakiś ranny grzybiarz, czy może dzikie zwierzęta. Zamglenie w niczym nie pomagało.
Spróbowałem podejść jeszcze kilkadziesiąt metrów, zerknąłem przez teleobiektyw i tak – to był jeleń. Jeleń w towarzystwie łani i cielaka. Wyglądali jak szczęśliwa rodzinka na spacerze. Dziewczęta czmychnęły w las, a głowa rodziny dostojnie przespacerował przez drogę, zerknął jeszcze od niechcenia w moją stonę i podążył za nimi.



Ponuro, ale ciepło. Być może znów uda się spotkać jelenie. A jeśli nawet nie, to spacer sam w sobie jest przyjemny. Zwłaszcza o poranku. Tym razem mimo zachmurzenia niebiosa otworzyły sie na tę krótką chwilę, kiedy słońce wzniosło się już nad horyzont, a chmury utworzyły fajny motyw na niebie.



Tyle mgieł, co przez ostatni miesiąc nie widziałem przez ostatnie kilka lat, jak fotografuję. Umożliwił mi to oczywiście rower i determinacja, aby wstawać przed świtem, jechać długie kilometry w poszukiwaniu nowych miejscówek. I chociaż nie z każdego wyjazdu przywożę zdjęcia, to i tak zostaje mi satysfakcja z samej jazdy.
Najgorsze są pierwsze minuty jazdy. Kiedy jest zimno, ciemno miawam myśli, czy nie zawrócić do domu. Pierwsze kilometry pokonuję nie za chętnie. Na szczęście zawsze szybko mi to mija, zwłaszcza kiedy zobaczę brzask. Kiedy jeszcze jest ciemno, a już wiadomo, że lada chwila pojawią się kolory, słońce, zrobi się nieco cieplej.




Nieważne czy rowerem, czy na własnych nogach. Nieważne, czy po lesie czy po polach. Ja muszę być ciągle w ruchu. Nie usiedzę w domu. Mogę sobie na to pozwolić, aby dużo czasu poświęcać swoim zainteresowaniom. I póki mogę, gdyż zdaję sobie sprawę, że nie zawsze tak będzie, bo i nie zawsze tak było, będę to robił jak najczęściej.
Poniżej kilka opwiastek z lasu. O sarnach, które ćwiczyły skoki przez rów, o żurawiach odlatujących do cieplejszych krajów. O zwykłej leśnej polanie, jakich wiele, skąpanej w świetle, jakie mamy tylko poranku. I o brzozach, których biel kory zawsze rzuca mi się w oczy i które darzę szczególnym sentymentem.




Był czas, że mi się trochę czas poprzestwiał, szedłem spać z kurami, a o piątej byłem wyspany. Czemu by tego nie wykorzystać i przed pracą nie skoczyć na króciótki spacerek o wschodzie słońca.
Nigdy nie będzie mi za wiele tych pięknych widoków, kiedy budzi się dzień. Tej nutki niepewności co czeka mnie za chwilę, kiedy jeszcze jest ciemno. Czy niebo zapłonie kolorami, czy kolory będą raczej przygaszone. Ale to dla mnie nieistotne, najważniejsze aby miło spędzić czas na robieniu tego, co się kocha.
A tym razem dostałem od natury super nagrodę – oglądałem żółciutką kulę słońca wschodząca dokładnie za naszym krzyżem milenijnym.




Pracuję ja sobie spokojnie w ogródku, a tu moja pierwsza żona biegnie, macha rękami i drze się w niebogłosy. Wystraszyłem sie nie na żarty. Chwilę zeszło, zanim zrozumiałem co do mnie mówi. Chodziło o to, że na jej kwiatku siedziała modliszka!
No to wtedy z kolei ja puściłem się biegiem do domu po aparat! Cud boski, żem gdzieś po drodze nie wywyinął orła. Na szczęście modliszka czekała sobie grzecznie. Tak mi się wydaje, że specjalnie wpadła do nas na sesje zdjęciową, bo wdzęczyła isę przed obiektywem niczym prawdziwa modelka.




Tego nie da się dotknąć. Nie da pomacać, powąchać, poczuć. To można tylko zobaczyć. To mgła w połączeniu z promieniami słonecznymi potrafią tworzyć takie hologramy. Widok niby normalny, ale kiedy jest się samemu na polanie w środku lasu i dodamy do tego tę nutkę tajemniczości, niepewności co wydarzy się za chwilę, bo dookoła słychać porykiwania jeleni, wszystko nabiera innego wymiaru.
Troche nierealnego, trochę nie z tego świata. Napływa myśl, czy ja jeszcze śpię, czy mi się to śni, czy faktycznie wstałem przed świtem, pojechałem autem do lasu i szedłem kilometry, aby tu dotrzeć.



