Może i było kilka dni z ładną pogodą, ale znów wróciła szarość. Nie pozostaje nic innego, jak wspomnienia sprzed kilkunastu dni, kiedy jeszcze na drzewach były resztki liści, choć kolory były już typowo listopadowe.




Może i było kilka dni z ładną pogodą, ale znów wróciła szarość. Nie pozostaje nic innego, jak wspomnienia sprzed kilkunastu dni, kiedy jeszcze na drzewach były resztki liści, choć kolory były już typowo listopadowe.




Tak, to też listopad, ale jego pierwsze dni. Przymglony, pastelowy poranek nad zalewem. Spacer w ciszy i spokoju, z aparatem na szyi. Bez pośpiechu, w poszukiwaniu kadrów. A te same pchały się przed obiektyw.
W takich warunkach tak to już jest, wracam z minimum setką zdjęć. Pstrykam, choć wiem, że większość pójdzie w kosz. I nie dlatego, że mi się nie podobają. Po prostu nie ma możliwości pokazania Wam wszystkich.




Tak się złożyło, że przez osiem dni nie oglądałem świata za dnia. Nigdy bym nie pomyślał, że aż tak będzie mi tego brakowało. Kiedy wreszcie mogłem wyjść z domu, i to jeszcze za dnia, od razu wybrałem rower. Nie przeszkadzało mi zachmurzone niebo, cieszyłem się samą obecnością na świeżym powietrzu.
Zdziwiło mnie jednak, jak bardzo wszystko się zmieniło w ciągu zaledwie ośmiu dni. Jeszcze niedawno drzewa były pełne kolorów, a teraz większość liści już leży pod nimi. Ścieżki, które wcześniej tonęły w złocie i czerwieni, zrobiły się szare i puste.
Patrząc na to wszystko, poczułem lekką nostalgię. Tylko osiem dni, a świat zdążył tak się zmienić… Cóż, pozostaje czekać na, z pewnością, nieliczne słoneczne dni i odliczać czas do wiosny.




Im bliżej byłem celu, tym więcej chmur zaczęło się zbierać na niebie. Jak się po chwili okazało, to wcale nie były chmury, lecz niska mgła.
Pojawiła się dosłownie znikąd. Nie było najmniejszych szans na fotografowanie księżyca w takich warunkach. Za to po drugiej stronie horyzontu rozpoczął się przepiękny spektakl – mgła znalazła się w zasięgu słońca, które choć już schowane za horyzontem, wciąż oświetlało górne partie nieba.
Kilka minut fotografowania i po chwili zrobiło się czarno, ponuro i całe przedstawienie dobiegło końca. Wróciłem do domu, a tam zero mgły i pięknie świecący księżyc. Różnica zaledwie kilku, może dziesięciu kilometrów w linii prostej, a tak diametralnie inna aura.



Jakże to było niedawno — ledwo kilkanaście dni temu. Szwędałem się po polach, podziwiając takie widoki. Robiłem zdjęcia i starałem się zapisać te obrazy w pamięci, żeby za rok wiedzieć, gdzie wrócić podczas kolejnej jesieni. Teraz, gdy za oknem ziąb i deszcz, jest co powspominać.




Listopad potrafi być deszczowy, zimny, wietrzny, a czasem nawet śnieżny. Ale bywa też zupełnie inny — spokojny, ciepły w barwach i złocisty. To czas, gdy brzozy wyglądają najpiękniej, choć z każdym dniem mają coraz mniej liści.




Środa, świt. Plan prosty: otworzyć oczy, wylezźć z łóżka i pojechać zrobić fotkę księżycowi wschodzącemu nad akacjami. Wszystko poszło zgodnie z planem, choć najwięcej czasu zajęły te dwa pierwsze punkty.
Na miejscu jestem za wcześnie, ale widzę, że nad akacjami krążą kruki. Szybko rozstawiam statyw, kieruję obiektyw w tamtą stronę i strzelam serię zdjęć. W ostatniej chwili, bo ptaki zaraz odleciały. To właśnie to ujęcie z krukami okazało się dla mnie najlepszym z całego poranka. Choć, przyznam, pozostałe też mają swój klimat.




Dawno, dawno temu… Sam już nie pamiętam, kiedy ostatnio fotografowałem Tatry oddalone o ponad 130 kilometrów. Przecież kilkanaście lat temu to ja, jako jeden z pierwszych pasjonatów dalekich obserwacji, odkrywałem miejscówki, z których da się je zobaczyć. Bez dzisiejszych symulatorów i aplikacji — po prostu gdzieś znalazłem w internecie wzmiankę, że z moich okolic jest taka możliwość.
Potem, w wieczory z przyzwoitą widzialnością, łaziłem lub jeździłem po górkach, wpatrując się w południowo-zachodni horyzont. Czasem tylko majaczyły, czasem błyszczały wyraźnie — zawsze była w tym nutka ekscytacji.
Dziś ten „sport” stał się całkiem popularny i widok Tatr z daleka już nikogo specjalnie nie zaskakuje. Ale mnie wciąż robi wrażenie. Za każdym razem. I pewnie tak już zostanie.




Obudziłem się wcześniej niż zwykle… jak w piosence :). Wyglądnąłem przez okno, a tam już miałem namiastkę tego, co mogło się dziać kilkadziesiąt minut później. Po zmianie czasu była szansa ogarnąć jeszcze krótki spacer przed pracą. Szybko się zebrałem i pod akacje dotarłem w idealnym momencie. A już byłem rozemocjonowany, bo po drodze widziałem, co się na niebie szykuje.
Apogeum kolorów nastąpiło w momencie, gdy wysiadałem z auta. Na nogach miałem buty kosicolowe, więc nie poszalałem z kadrami, musiałem trzymać się utwardzonej drogi, żeby do pracy później nie dotrzeć cały ubłocony. Kilka szybkich ujęć i ze spaceru już zrezygnowałem, bo wiało, a ziąb był niekiepski, a ja na to nieprzygotowany.



Dzisiaj zabieram was do lasu. Ale nie takiego zwykłego. Zabieram was do lasu niezwykłego, który swoją magię zyskał dzięki przepięknemu porannemu światłu. Dzięki lekkiej mgiełce i promieniom przebijającym się przez gałęzie drzew, igły i resztki liści.
A przede wszystkim dzięki paprociom, które w tym spektaklu zagrały główną rolę i trzeba im to przyznać, spisały się znakomicie. Wszystko zagrało idealnie, a nieskromnie powiem, że ja też miałem w tym swój udział, bo przypadek sprawił, że znalazłem się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie.



