Podwójna przyjemność

W czerwcu trafiło się kilka chłodnych i mglistych poranków, ale i w lipcu już co najmniej dwa razy wpakowałem się w podobną aurę. Nie jestem żadnym specjalistą od przewidywania warunków do fotografowania – zresztą chyba nikt nie jest. Owszem, jako fotoamator śledzę prognozy pogody, ale i tak zawsze trzeba liczyć na łut szczęścia. A może przede wszystkim właśnie na niego, a nie na aplikacje…

Tak czy siak, we wtorek trafiły się warunki przecudowne – zarówno do fotografowania, jak i do jazdy rowerem. Taka poranna jazda w lekkiej mgle to zupełnie inna bajka niż kręcenie w środku dnia. Przyjemność jest zdecydowanie podwójna.

Nie myśli się wtedy o niedogodnościach, o bolącym od siodełka tyłku czy strzykających stawach. Człowiek chłonie tę jazdę całym sobą – wzrokiem, nosem, skórą, duszą. Wszystkim.

Rower cierpliwy

Zjeżdżam z górki na dół, gdzie panują mgły. Wjeżdżam w lokalną dróżkę i na dzień dobry mam widok, przy którym czuję, że wjechałem do innego świata. Ten rozproszony, a jednak ciągle oślepiający blask daje po oczach. Kawałek dalej mgła gęstnieje i słońcu nie udaje się już przez nią przebić. Kilkaset metrów i już zupełnie inna bajka.

Jeszcze dalej nie mogłem się oprzeć, aby sfotografować jedynego towarzysza moich wypraw — rower. Zawsze cierpliwy, zawsze gotowy na moje widzimisię, nigdy nie marudzi i nie chce jechać w inną niż ja stronę.

Białe tęcza nr… ?

Co to takiego jest biała tęcza? W jakich warunkach powstaje? Biała tęcza tworzy się, gdy światło słoneczne załamuje się na bardzo drobnych kroplach mgły, a nie deszczu. Krople są tak małe, że nie rozszczepiają światła na kolory — zamiast tego powstaje jednolita, blada poświata w kształcie łuku.

Na żywo wygląda jak zjawisko z innego świata, coś pomiędzy snem a cudem natury. I choć nie ma w sobie ani grama koloru, robi niesamowite wrażenie. Widywałem ją już wiele razy i za każdym razem oniemiewam! Nie mogę się napatrzeć — to jedno z najpiękniejszych, moim zdaniem, zjawisk optycznych.

Pierwsza

W tym sezonie burze, jak już się trafiały, to omijały moją okolicę szerokim łukiem. Ale dziś w końcu jedna przyszła – i była naprawdę widowiskowa. A przynajmniej ten szelf, który sunął tuż przed nią. Można powiedzieć, że pojawił się z zaskoczenia. Mimo że widziałem zbliżającą się burzę na aplikacji pogodowej i wiedziałem, że zaraz dotrze, to i tak dałem się zaskoczyć.

Zatrzymałem się więc w pierwszym lepszym miejscu, żeby złapać ten niesamowity spektakl natury. Czasu było niewiele – dosłownie kilka minut, bo kiedy szelf znalazł się nade mną, od razu zaczęło padać. Udało mi się jeszcze schować do samochodu. I dobrze, że nie ruszyłem dalej, bo to, co się rozegrało chwilę później, przeszło moje oczekiwania – intensywny deszcz, silny wiatr i grad.

Pięć minut później wszystko się uspokoiło, zrobiło się jasno, a z nieba sączył się tylko lekki deszczyk. Takie to było krótkie, intensywne, burzowe przedstawienie. I choć trwało chwilę, to dostarczyło emocji jak porządny trailer filmu katastroficznego.

Chłodek nienachalny

W lipcu oczywiście też mogą się trafić mgły. Tym razem były delikatne, jakby ktoś rozpylił mleko nad łąkami. Ale w połączeniu z niskim światłem poranka potrafiły wyczarować spektakl rodem z baśni braci Grimm.

Może sześć stopni na plusie to nie jest upał, ale przewidziałem to i ubrałem się na cebulkę, więc w miarę jak robiło się coraz cieplej mogłem uszczuplać ubiór.

Chłodek był jednak przyjemny, nie nachalny, a orzeźwiający po upałach, jakie panują za dnia. Idealny klimat na łagodne przebudzenie w terenie — bez budzika, ale za to z koncertem ptaków i mglistym spektaklem w tle.

Widmo Brockenu nr ?

Słuchajcie, po raz kolejny zobaczyłem widmo Brockenu i jestem już na tym etapie, że przestałem je liczyć, bo chyba wszystkich i tak nie pamiętam. Miałem nieśmiałą nadzieję, że w sobotę rano będą mgły. Dzień wcześniej padało, a na rano zapowiadano około 11 stopni. Było 6 stopni, a ilość mgieł przerosła moje najoptymistyczniejsze oczekiwania. Trzeba było tylko pojechać nieco dalej – na południe regionu.

No i właśnie tam, w Zawadce, jadąc drogą na grzbiecie wzgórza, patrzyłem z nadzieją, kiedy się ono pojawi. Udało się – na odcinku dosłownie kilkudziesięciu metrów. Widok niesamowity jak zawsze, a w takich okolicznościach przyrody jeszcze go nie widziałem.

Chcę upału

Było ciepło i zrobiło się chłodno. Miejmy nadzieję, że to tylko jednodniowy epizod. W końcu tak długo czekaliśmy na ciepełko. Ja do końca czerwca może tylko kilka razy ubrałem krótki rękaw na rower. Ciągle ziąb albo trochę ciepło, ale zimny wiatr i tak w kółko.

Niech lipiec będzie upalny. W sumie to nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem, bo nie przepadam za upałami, ale w tym roku jestem zziębnięty i potrzebuję się wygrzać.

Pryśnie?

Czujecie ten chłód? Ile obstawiacie stopni? To czerwcowy poranek, więc mogłoby się wydawać, że rano temperatura nie spada już poniżej 10 stopni. W tym roku czerwcowe poranki bywały dużo zimniejsze. A to skutkowało tymi przepięknie ścielącymi się mgłami i chłodnymi barwami przed wschodem słońca.

W powietrzu czuć było wilgoć i taki specyficzny zapach poranka, który pojawia się tylko wtedy, gdy trawa jest mokra od rosy, a świat jeszcze nie zdążył się obudzić. Człowiek jedzie powolutku, jakby bał się, że magia zaraz pryśnie.

Smartfon w kieszeni

Mamy trzeci lipca, a ja w tym miesiącu jeszcze nie zrobiłem ani jednego zdjęcia. Byłem co prawda już na dwóch wyjazdach rowerowych, ale raz jechałem w ciągu dnia, a za drugim razem wschód słońca nie był ani trochę spektakularny. Czyściutkie niebo, zero mgieł – nawet nie wyciągałem smartfona. Po prostu cieszyłem się samą jazdą.

Poniższe zdjęcia pochodzą jeszcze z jednego z pamiętnych, mglistych i zimnych czerwcowych poranków.

Wakacje nie dla wszystkich

Coś ostatnio brak porannych mgieł, ale to przecież środek lata. Tylko pierwsza połowa czerwca raczyła nas zimnymi porankami, które skutkowały pięknymi, mglistymi spektaklami. Teraz przyszedł czas, żeby w końcu cieszyć się ciepełkiem – zrzucić te wszystkie warstwy ubrań, które trzeba było zakładać na poranne rowerowe wyjazdy.

Ciepłe dni, ciepłe noce i wreszcie ciepłe poranki. Lipiec! Jak szkoda, że ten wyjątkowy czas, kiedy zaczynały się wakacje, już mnie nie dotyczy… Nie miałbym absolutnie nic przeciwko temu, żeby codziennie rano móc wskakiwać na rower i ruszać w trasę. To by mi się nigdy nie znudziło. Jestem tego pewien.