Spacer makro

Jeszcze w maju kilka razy zabrałem na spacer mój obiektyw do makro. Tak bardzo dawniej lubiłem podglądać ten świat malutkich owadów. Lubię nadal, ale zawsze jakoś brakowało już na to czasu.

Świat makro – nie dość, że ciężko go dostrzec gołym okiem, to jeszcze ciężko wypatrzeć ciekawe owady, scenki. Mnie udało się przyłapać muchy w kolorze moro podczas godów, pająka który wydawać by się mogło, że zebrał całkiem spore zapasy jedzenia, ale to żywe muchy, które podjadają jego zdobycz! Kto by się spodziewał takiego obrotu sprawy! Małego pluskwiaka wysiadującego jaja oraz zmoczonych w rosie motyla i chrząszcza, które koło siebie suszyły się w porannym słońcu.

Kadry podarowane

Pierwsza dekada czerwca podarowała mi kilka mglistych poranków. Najbardziej lubię moment, kiedy mgła się podnosi, a słońce zaczyna docierać do powierzchni ziemi. Jest takie niby ponuro, ale promyki słońca dodają dodają krajobrazowi optymizmu. Robią nadzieję na ładną pogodę. Łatwiej wtedy dostrzec ciekawy kadr, bo w tych okolicznościach gdzie nie spojrzeć, świat wygląda bajkowo.

Kiedy znowu

Co tam, że rower był cały brudny. Polne drogi, ziemia w proszku i rosa zrobiły swoje. No ale rower jest po to, żeby na nim jeździć, a nie po to, żeby być czystym. Każdy jeden brudek na ramie, obręczach kół i innych zakamarkach był wart tych pięknych chwil spędzonych o poranku na pustych polach.

Wypatrywanie

I tak sobie jeździłem i wypatrywałem co by tu uwiecznić, sfotografować. Bardzo lubię kapliczki i lubię szukać kopek siana. No bo beli to wszędzie pełno dookoła, a znaleźć kopkę siana to sztuka nie lada. I ten obrazek z krzyżem bardzo mnie ujął… A ta ścieżka do pomnika miała wznios do 20%. Język na brodzie.

Pociecha przy plusze

Jak tylko obicia przestaną boleć, otarcia się zagoją, a zwichnięty paluszek, naderwane stawy i wiązadła przejdą zabieg, wracam na rower. Co tam jedna wywrotka, każdy musi przez to przejść :).

Będę miał teraz okazję pokazać zaległe fotki, bo nowe przez najbliższe dni nie powstaną.

Poniżej maki, które znalazłem podczas przejażdżki w jeden z zachmurzonych i ponurych i mglistych dni podczas długiego weekendu. Taka mała kępka, a tak bardzo ucieszyła.

Światło i kropelki wody

Jeden z weekendowych wyjazdów. Rano zalegała gęsta mgła, ale po analizie prognoz numerycznych pogody wiedziałem, że wcześniej czy później mgła ustąpi słońcu. I tego momentu nie chciałem przegapić.

Kiedy pierwsze nieśmiałe promienie słońca pokonują tę wiszącą wilgoć. Akurat byłem na leśnej dróżce i mogłem podziwiać ten cudowny spektakl światła i kropelek wody w postaci mgły.

Po długim czasie

Nie pamiętam, kiedy to ja ostatnio fotografowałem zachód słońca. I kiedy ostatnio pojechałem na miejscówkę samochodem, nie rowerem. Kiedy ostatnio użyłem statywu do zdjęć…

Tak bardzo pochłonęła mnie spontaniczna fotografia rowerowa, i tak przyzwyczaiłem się do starej poczciwej lustrzanki, że miałem problem z ustawieniem parametrów na drugim aparacie 🙂

Warunki wczoraj wieczorem były przecudowne, a ja zagubiony w falujących na wietrze polach jęczmieniach stałem i podziwiałem te bajkowe okoliczności przyrody.

Nie zapomnę długo

Wiedziałem, że wcześniej czy później trafię na pełne maków pole. Wiedziałem, a może tylko miałem taką nadzieję. W piątek niespodziewanie moje pragnienie się spełniło. Byłem w trasie rowerowej od rana, a dookoła były same mgły. Pole maków i przejaśnienia przyszły równocześnie.

Powiem tylko tyle, że zdjęcia z pewnością nie oddają tych emocji, kiedy jest się tam na żywo. Zbocze góry, a dookoła w gratisie przepiekne widoki. I ta unosząca się mgła i nieśmiało wyglądające słońce. Nie zapomnę tego aż do pierwszych oznak Alzheimera.

Trzynasta rocznica bloga

Jest 10 czerwca 2010 roku, dokładnie trzynaście lat temu. Siadam do komputera, wybieram platformę blogową, a do głowy wpada mi pomysł na nazwę – „Co mi się nawinęło przed obiektyw”. Zakładam bloga, który pod tą nazwą funkcjonuje do dzisiaj i mimo, że w dzisiejszych czasach, blogosfera mocno podupadła, na rzecz social mediów, od czasu do czasu ktoś tam zagląda. Jest tam 10 901 zdjęć w 3 937 wpisach!

Pierwszy aparat cyfrowy miałem od 2005 roku, ale to dopiero w 2010-tym znalazłem swój temat do fotografowania – owady. Trwało to 5 lat, aż problemy z kręgosłupem szyjnym (fotografowanie owadów wymaga jednak sporej gimnastyki) pchnęły mnie w kierunku krajobrazu. Spacery dobrze mi robiły i za każdym razem brałem ze sobą aparat.

Potem wyjazdy specjalnie na fotografowanie, na wschody i zachody słońca. Odkrywanie coraz to nowych miejscówek, mnóstwo nowych pomysłów na zdjęcia, kolejne aparaty i obiektywy.

Niedawno wróciłem do innej pasji – jeżdżenia rowerem i zacząłem zabierać aparat ze sobą. Tak narodził się całkiem nowy u mne nurt – fotografia rowerowa 😃