Wczoraj był zdecydowanie jeden z najbardziej malowniczych wieczorów w tym roku. Zanim jednak pokażę fotki z samego zmierzchu, kilka wcześniejszych, bo piękne światło trwało już od godzin popołudniowych, kiedy tylko przestało padać po burzach, a zanim nadeszła kolejna.
Zajeżdżam tam rowerem kilka razy do roku. Ostatnio trafiłem jednak na cudowne miękkie, klimatyczne światło. Mowa o wiatraku w Różance, na Pogórzu Strzyżowskim. Bardzo urocze i zaciszne miejsce z pięknymi widokami na okolicę.
Zapomniałem, że to przecież sezon na kopki siana! Rolnicy już zaczęli kosić trawę na siano i dwa dni temu trafiłem na temat, który tak bardzo (nie wiedzieć czemu) lubię. W ostatnich promieniach słońca stogi siana prezentowały się klimatycznie i sielankowo.
Porzuciłem rower w krzakach i pospacerowałem z aparatem. Kusiło mnie położyć się na jednym ze stogów, ale opanowałem to. Poczekam, aż będą rozrzucone do suszenia 🙂
W końcu mi się zachciało. Zostawiłem rower, zarzuciłem aparat na szyję i wybrałem się samym wieczorem na zdjęcia. Miejscówka niby znana, ale kilka dni temu obadałem, że rosną tam łany jęczmienia. A jęczmień w świetle zachodzącego słońca wygląda cudownie. No… ja przynajmniej to lubię.
Spędziłem tam ponad dwie godziny, chodząc w tę i we wte. Obserwowałem jak z każdym krokiem zmienia się perspektywa i światło zniżającego się słońca. W końcu było bezwietrznie i przyjemnie ciepło. Bez pośpiechu, chłonąc widoki, zapachy i dźwięki.
No nie chciało się wstawać. A wschód jest bardzo wcześnie. Jednak widoki wynagrodziły trud i to nic, że nogi po kolana w rosie, a rower bezwględnie do mycia. Poparzenia pokrzywami to tylko mały dodatek do przygody.
No dobra, nie chce mi się fotografować na wyprawach rowerowych, więc zaglądnąłem co tam w trawie piszczy. Na pierwszy ogień poszedł Wtyk straszyk (Coreus marginatus), wbrew pozorom całkiem sympatyczny pluskwiak. I wcale nie jest on z tych, co wskakują za kołnierz!
Chwilę później trafiła się Cuchna nawozowa (Scathophaga stercoraria). I tu też wbrew nazwie jest to całkiem spoko mucha. Nie gryzie, nie siada na ludziach i nie wlatuje nieproszona do domów.
I na koniec pająk Kwadratnik (Tetragnatha). Też nie z tych, co atakują ludzi! A jeśli już przypadkiem wkroczymy na jego terytorium i się do nas „przyklei” nie ma się czym martwić, będzie jak najszybciej chciał zeskoczyć!
Musi tu gniazdować cała rodzinka, a może i kilka. Po ogrodzie często spacerują kosy i nic sobie nie robią z mojej obecności. Doszło do tego, że i podczas kąpieli nie przeszkadza im moja obecność (zdj. 3). A na drugim zdjęciu to być może drozd…
W ogrodowym stawie co roku rośnie sobie taka dziwna trawa i na tej trawie co roku znajduję ten sam gatunek chrząszcza. Musiały sobie polubić tę miejscówkę i tę roślinę, bo później składają na niej jaja i później wykluwają się z nich małe chrząszczyki. A ja co roku je sobie obserwuję, skoro już zwitały w moje skromne progi.
Totalnie ostatnimi czasy zjechałem rowerem na drogi, którymi do tej pory nie jeździłem. Na, jak to nazywam, beztwardodroża. Drogi, których zazwyczaj nie ma na mapach, a którymi, jeśli jest sucho, da się przejechać rowerem.
Często nagle się kończą, albo prowadzą nie wiadomo dokąd i trzeba zawrócić. Ale też często prowadzą mnie w miejsca, o jakich istnieniu w bliskiej okolicy, by mi się nie śniło. Jak wczoraj wspominałem, rzadko fotografuję, ale w niektóre z tych miejsc koniecznie muszę wrócić z weną fotograficzną.
Jakoś tak w maju straciłem chęć do robienia zdjęć. Pochłonął mnie rower i, mimo że aparat zawsze jest w sakwie, to rzadko, albo wcale go nie wyciągam. Czasem pstryknę zdjęcie na pamiątkę smartfonem.
Po wielu latach fotografowania doszedłem do tego miejsca, że wolę przystanąć, popodziwiać, a nie sięgać po aparat. A o wschodzie, czy zachodzie słońca wolę odpoczywać i regenrować się na następne rowerowe wypady, niż jechać w plener. Pewnie to chwilowe, przynajmniej mam taką nadzieję.