A tak jakoś się obudziłem o piątej rano i stwierdziłem, że jestem wyspany. Nic innego, niż jazda rowerem i robienie zdjęć nie przyszło mi do głowy. No to nie walczyłem sam z sobą i zrobiłem to, co mi podpowiadał wewnętrzny głos 😉




A tak jakoś się obudziłem o piątej rano i stwierdziłem, że jestem wyspany. Nic innego, niż jazda rowerem i robienie zdjęć nie przyszło mi do głowy. No to nie walczyłem sam z sobą i zrobiłem to, co mi podpowiadał wewnętrzny głos 😉




Popadało niewąsko miejscami. W środę padało tak intensywnie i długo, że okazało się, że mój samochód, to amfibia. Fajnie, bo nie wiedziałem…
Natomiast na wieczór zostały już tylko kałuże. Uznałem, że zasługują na zdjęcia.




Wsiadam i jadę. Fajnie jak to jest poranek, bo i pofotografować można i na drogach jest jeszcze zupełnie pusto. Nawet psy nieprzepadające za rowerzystami jeszcze drzemią i nie zwracają na mnie uwagi. Słychać tylko ptaki i świerszcze. I co ostatnio istotne – jest jeszcze nieco chłodniej.




Na szczęście przerwa od roweru nie musiała być zbyt długa. Po półtora tygodnia wsiadłem z powrotem na siodełko i na dzień dobry trafiłem na bardzo klimatyczny wschód słońca.
Było już godzinę po wschodzie, ale słońce dopiero co wyszło zza chmur wiszących nad horyzontem. Na dzień dobry odbiłem na wijącą się zakrętami polną drogę, która w tym świetle wyglądała wyjątkowo malowniczo.



W weekend musiałem się najeździć rowerem, bo musi teraz nastąpić przerwa techniczna. I tym razem nie chodzi o rower, a o Witka. Mam nadzieję, że będzie ona niezbyt długa i wkrótce powrócę ze zdjęciami. Jeśli nie z nowymi, to na pewno z archiwalnymi.
Tymczasem kilka fot z weekendowych wypraw, podczas których wykręciłem 150 kilometrów po leśnych szutrowych autostradach.




Nic tu sie więcej nie będzie działo. Poza pozornie nudnymi widokami z rowerowych tras.




A tak sobie jeżdżę tym rowerem i niby nie ma z tego żadnego wymiernego pożytku, ale… po pierwsze czas spędzany na robieniu tego co się lubi, jest trochę cenny. Po drugie oglądanie i fotografowanie tych wszystkich małych i niedostrzeganych cudów natury. I po trzecie w dłuższej mierze zyskuje na tym nieco zdrowie, zwłaszcza że młodzieniaszkiem nie jestem 😉




Pierwsze sianokosy już dawno za rolnikami. Jedni robią z siana bele, ale w mojej okolicy można spotkać jeszcze tradycyjny zbiór siana.




Może pogoda nie była idealna do zdjęć. Do roweru jednak najidealniejsza. Nie wiało, nie świeciło mocno słońce, a na polnych drogach było sucho. Wybrałem się zatem w jedno z ulubionych zdjęć z pofalowanymi paczłorkami pól.




Dynamicznie na niebie. I kawałek tęczy się załapał na wszystkich zdjęciach. W różnych okolicznościach przyrody. Tęcza „wisiała” na niebie przynajmniej z godzinę, a może i dłużej. To jeden z majowych jeszcze wieczorów.



