Spontan

Dzisiaj chcę wrócić do wodno-mglistych klimatów. Niezwykle klimatyczny i romantyczny wschód słońca nad pobliskim zalewem. Zero wiatru i snujące się mgiełki.

Woda była gładka jak lustro, odbijała pierwsze kolory nieba i wyglądała tak, jakby czas się zatrzymał. Na stawie, o dziwo, nie było wszędobylskich kaczek, które zazwyczaj bezgłośnie pływają po lustrzanej tafli.

Nie szukałem żadnych specjalnych kadrów, po prostu chodziłem brzegiem i obrazy same pojawiały mi się w głowie. Nie wiem, czy to doświadczenie, czy już zaczynam myśleć jak aparat fotograficzny. Nigdy długo nie studiuję otoczenia, a moje zdjęcia to raczej spontaniczne „pstryki”.

Wracam do mgieł

Chwilowo poranne mgły zniknęły. Co prawda poranki nadal bywają chłodne, ale jednocześnie wietrzne i pochmurne. Każda aura ma swój urok, ale ja wracam myślami do tych właśnie mglistych, bezchmurnych poranków z pierwszej połowy sierpnia.

Tym razem moją uwagę przyciągnęły czekające na robotę maszyny rolnicze, spowite we mgle centrum wioski z kościołem, zwykły polny widok oraz niespodziewanie przelatujący tuż obok księżyca samolot.

Kaplica św. Bartłomieja w Pstrągowej, Brzeziu

Wieczorne światło zagrało tu jak trzeba — kaplica św. Bartłomieja z Brzezia zrobiła się o tej porze niesamowicie klimatyczna. Niby zwykła budowla z XIX w. (ufundowana ok. 1878 roku przez miejscowego gospodarza Bartłomieja Fortunę jako wotum po przyjęciu do III Zakonu św. Franciszka), ale otoczenie pól i starych lip dodaje jej wyjątkowego charakteru.

Kapliczka stoi w szczerym polu, z dala od zabudowań, przy mało uczęszczanej polnej drodze. Panuje tam cisza i spokój, nie ma ludzi, a jeśli ktoś się zatrzyma, może usiąść na trawie i po prostu kontemplować to wszystko.

Ja po prostu poszedłem tam wieczorem tą polną drogą, a światło trafiło idealnie i z której strony bym jej nie fotografował, wyglądała klimatycznie i wręcz bajkowo. No… przynajmniej mnie tak się wydawało.

Nepomucen

Ile to trwało? Pewnie nie dłużej niż kilkanaście minut. Skończyłem właśnie bieganie po lesie i ruszyłem samochodem w stronę domu. Wtedy zobaczyłem ten niezwykły spektakl na niebie.

„Co to za kolor w ogóle jest?” – pomyślałem. Nie umiałem go nazwać, ale zacząłem zastanawiać się nad jakimś najbliższym miejscem do zrobienia zdjęcia. „Kawałek dalej jest Nepomucen” – przypomniałem sobie i mocniej nacisnąłem pedał gazu.

Zdążyłem w sam raz, bo chwilę później wszystko zaczęło gasnąć, a ja zostałem z cyfrowo zarejestrowanym obrazem.

Moment magii

Doliny spowite we mgłach. Mgły oświetlone wczesnym słońcem. Zimno? Nie, piętnaście stopni i brak wiatru jest całkiem przyjemne. Cisza. Bo jest wcześnie rano. Powietrze pachnie świeżością, jakby świat dopiero co się obudził. A Witek boi się nawet drgnąć, żeby ta bajka nie prysła jak sen. Uśmiecha się tylko pod nosem, chłonąc ten krótki moment magii.

Chodźcie

Lubielibyście pospacerować takimi polnymi drogami w takich warunkach? Dodam tylko, że to po piątej rano – chłodno i sennie. Zachęcam, żeby choć raz na jakiś czas poświęcić się, zerwać z łóżka przed świtem, wybrać sobie jakieś polne drogi z dala od cywilizacji i przejść kilka kilometrów.

Teraz, pod koniec sierpnia i we wrześniu, takich mglistych poranków powinno być sporo. Warto to wykorzystać i nasycić się widokami. Potem jest co wspominać – no serio mówię.

Rudbekia naga

Jedni uważają ją za chwast, ale znamienitą większość z pewnością zachwycają łąki rudbekii nagiej. Ja na takie połacie rudbekii natrafiłem kilka dni temu. Nie miałem pojęcia, że ona tam kwitnie, a kiedy byłem tam kilka tygodni temu, nic nie wskazywało, że wkrótce się pojawi. Albo po prostu nie zwróciłem na to baczniejszej uwagi.

Trafiłem tam podczas mglistego, a jednocześnie słonecznego poranka i widok ten sprawił, że oniemiałem. Zresztą nie pierwszy i na pewno nie ostatni raz oniemiewam na tego typu widoki.

Wschód nad farą

Fotografowałem sobie niebo przed wschodem słońca, kiedy przyszło mi do głowy, że chyba z tej okolicy jestem w stanie złapać wschodzące słońce nad kościołem farnym w pobliskim miasteczku. Szybki rzut oka na aplikację i faktycznie! Do wschodu zostało jeszcze kilkanaście minut, więc udałem się szybciutko w odpowiednie miejsce i czekałem.

Niewiele się pomyliłem – wystarczyło zrobić kilkanaście, kilkadziesiąt kroków, aby wschodząca czerwono-żółta kula znalazła się dokładnie nad farą. Trzeba było się, jak zwykle w takich momentach, spieszyć, bo słońce wznosiło się szybko i nie wybaczało błędów w kadrze.

Tradycyjnie narobiłem zdjęć od groma, ale tę jedną uznałem za najlepszą. A poniżej kadr w szerszym ujęciu.

Pogryzły

To był dobry weekend. Cztery dni pozwoliły zapomnieć o pracy zawodowej i oddać się uciechom. A co to za uciechy w moim przypadku? Nic się tu nie zmieniło, jedynie ich hierarchia. Przez ostatnie cztery dni na pierwszym miejscu było wędrowanie z aparatem – na własnych nogach, po najbliższej okolicy, po miejscach, które dobrze znam, a ostatnio nieco zaniedbałem fotograficznie.

Poniżej ujęcia z sobotniego, mglistego poranka. Oprócz pięknych widoków nie zapomnę też zmagań z komarami, które uparcie atakowały resztki nieosłoniętego ubraniami ciała – czyli twarz i dłonie.

Róż w niedziele

Po trzech dniach poranków spowitych mgłami, dzisiejszy ranek wyglądał już zupełnie inaczej. Ani śladu po oparach, za to jeszcze przed wschodem słońca na niebie pojawiły się chmurki, co mogło oznaczać tylko jedno – kolorowy spektakl na nieboskłonie.

Tego właśnie się spodziewałem. I nie zawiodłem się – choć widowisko trwało krótko, firmament obdarzył mnie cudownymi barwami, które na moment rozświetliły poranek.

Na polu spoczywały rozsiane bele siana, dodając scenerii rustykalnego klimatu. W tle wznosił się kościół w pobliskim miasteczku, wyglądający tak, jakby czuwał nad całym krajobrazem. A chmury, muśnięte różem i fioletem, układały się w misterny wzór, którego żadne płótno nie byłoby w stanie oddać.