Nastał taki czas, że chcąc mieć nowe fotografie, trzeba korzystać z każdej chwili, kiedy na choćby chwilkę wyjrzy słońce. Słońce, które ożywi te ponure kolory. Któregoś wieczoru liczyłem na odrobinę światła i ją dostałem.

Nastał taki czas, że chcąc mieć nowe fotografie, trzeba korzystać z każdej chwili, kiedy na choćby chwilkę wyjrzy słońce. Słońce, które ożywi te ponure kolory. Któregoś wieczoru liczyłem na odrobinę światła i ją dostałem.

Zmrok przychodzi tak szybko. Wychodzę z pracy to jest już ciemno. Nie ma się jednak co załamywać, bo tak jak można jeździć rowerem po ciemku, bo przecież są lampki, tak i można fotografować po ciemku, bo przecież jest długi czas naświetlania.
Zatem, gdy tylko pogoda sprzyja i mam ochotę to fotografuję również po zmroku. Nie ma innego wyjścia, jeśli się nie chce, aby aparat zardzewiał 😉

Deszcz i śnieg mi nie straszny. Muszę wyjść z domu i się poruszać. Wczoraj mimo opadów na przemian deszczu i śniegu założyłem wyjściowe gumiaki i poszedłem do lasu. Aparat oczywiście ze sobą pod kurtką.
Wyszedłem na polanę i tam zobaczyłem sarenkę. Całkiem niedaleko. Zza krzaków. Zamarłem bez ruchu z apratem przy oku. A co sarna? Zainteresowana moją sobą zaczęła iść w moim kierunku! Tego jeszcze nie było. Starałem się jak mogłem nie drgnąć i stałem tak pewnie dobrych kilka minut, ale aparat z ciężkim obiektywem ciążył mi coraz bardziej.
To musiało się tak skończyć – ja delikatnie drgnąłem, a sarna w te pędy czmychnęła w krzaczory.

Tak, to listopad. Początek listopada, który obfitował w takie piekne zachody słońca. Wtedy wydawało się, że tak będzie trwało wiecznie. Że ta piękna jesień nie prędko się skończy. Teraz własnie nastała ta gorsza jesień. Zimna, wietrzna i mokra. Ale do wiosennago marca już tak bliziutko, niespełna cztery miesiące 😉




A czemu by sobie nie powspominać. Przecież to było tak bardzo niedawno temu. Zniewalające kolory w lesie. Ciepłe powietrze. Wspaniałe chwile spędzone na rowerze. Bez pośpiechu. Kontemplując to piękno i zamykając w kadrach.




Czy coś wskazywało na takie warunki o zachodzie słońca? Nie. Ale wiem, że natura potrafi zaskakiwać i tak też było tym razem. Mimo sporego zachmurzenia, pojawiła się malownicza dziura w chmurach. Na chwilkę. A fotografia, to przecież chwilki uwięzione w kadrze.

Lato to dzień w dzień bezchmurne niebo, albo zasnute całkowicie chmurami podczas burz. Jesień daje nam przeplatankę i to lubię. Pogoda może przynieść papierowe, nijakie niebo, ale jest też spora szansa na szałowe kolory podczas częściowych rozpogodzeń.
I tak właśnie było podczas jednego z prwie bezwierznych, wyżowych listopadowych zachodów słońca.



Tego bym się po listopadzie nie spodziewał. Przyjemna tempaeratura od 10 do aż 17° C. Lekki wiaterek. Nigdy nie przypuszczał bym, że listopad pozwoli na stukilometrową trasę rowerem. A tak własnie było dokładnie tydzień temu we wtorek.
Teraz czekam tylko na podobnie pogodny dzień w grudniu, styczniu i lutym 😉




Żniwa w listopadzie? Owszem listopad to czas zbierania kukurydzy. W pięknym świetle popołudnia udało się zrobić kilka malowniczych ujęć ze wspomnianymi żniwami w roli głównej.



Piątkowy poranek był wyjątkowy. Wyjeżdżając długo przed świtem do pracy już widziałem na niebie pierwsze oznaki cudownego wschodu słońca. Później było tylko piękniej. Niestety mogłem jedynie fotografować z fotela samochodu, bo przecież człowiek wstaje w ostatniej chwili i zawsze się spieszy.
A widok był naprawdę fascynujący. Na ile pozwoliła szybka jazda (pierwsza żona ma ciężką nogę 🙂 ) zrobiłem kilka pamiątkowych fotek. Taki widok w trasie do pracy sprawia, że nawet mimo piątku chce się pracować! Serio 😉


