Wydawało mi się, że niebo jest bezchmurne, ale to dlatego, że mieszkam w dolinie. Kiedy wyjechałem na wzniesienie, okazało się, że nad południowo zachodnim horyzontem wisi całkiem widowiskowa chmura. Widowiskowa w tych barwach zachodzącego słońca.



Wydawało mi się, że niebo jest bezchmurne, ale to dlatego, że mieszkam w dolinie. Kiedy wyjechałem na wzniesienie, okazało się, że nad południowo zachodnim horyzontem wisi całkiem widowiskowa chmura. Widowiskowa w tych barwach zachodzącego słońca.



Pierwsza gwiazdka już na niebie! A dobra, przecież jest zachmurzone. Jednak żadne zdjęcie mi na dzisiejszy wieczór tak nie pasowało, jak poniższe. Październikowa kometa C/2023 A3 (Tsuchinshan-ATLAS). Czy podobne zjawisko miało miejsce w dzień urodzin Jezusa? Tego się nie dowiemy, ale coś musiało być na rzeczy.
A ja życzę wszystkim zaglądającym na mój blog rodzinnych, spokojnych i zdrowych świąt Bożego Narodzenia. Miłego spędzenia czasu z bliskimi i/lub na robieniu tego, co lubi się najbardziej. Nie jest powiedziane, że nie można wtedy fotografować, jeździć rowerem, biegać, czy włóczyć się po lesie. Zatem róbmy to co lubimy najbardziej i cieszmy się dniami wolnymi od pracy i obowiązków!

Aj, takie poranki to miód na moje oczy. Te chłodne barwy adekwatne do mroźnej aury. Może nie aż tak bardzo mroźnej, bo wciąż było na plusie, choć to już grudzień.



Nietoperz. Co to takiego, poza tym, że ptaszek? Nietoperz w slangu dalekoobserwowiczów to zachodzące za Tatrami słońce widoczne z dużej odległości.
Tutaj wczorajsza obserwacja z odległości około 130 kilometrów i zachodzące słońce dokładnie za Sławkowskim Szczytem. A na zdjęciu numer trzy cienie chmur, które pojawiły się na kilkanaście sekund, chwilkę przed tym, jak słońce zniknęło za horyzontem.
Na zdjęciu numer cztery sytuacja przed zachodem. Tatr póki co ani śladu.




Różowo pomarańćzowe wstęgi na niebie? A owszem, takie cuda oglądałem w ubiegłą sobotę i już nie mogę się doczekać jutra i niedzieli. Może znowu uda się złapać jakieś fajne widoki. Zamiast pospać po całym tygodniu, jak trzeba będzie, zerwę się o świcie.

Trafiło się raz i mam co wspominać cały tydzień. Bo takie cudowne wschody słońca nie trafiają się zbyt często. A w zimie, to już całkiem rzadko.



Na nizinach śnieg się nie utrzymywał długo. Ale kiedy wyjechałem na wzniesienia, tam w lesie było biało. Znaczy się tylko troszkę było poprószone białym puchem, ale jakoś zawsze człowiek się ekscytuje pierwszymi zimowymi widokami…




Spędziłem przy tych drzewkach może z kilkanaście minut. Kolory w tym czasie zmieniały się błyskawicznie. To był czas, kiedy słońce przebijało się przez najgęstsze warstwy atmosfery malując chmury coraz to inną farbą.




Czy jeszcze leżał śnieg, a ja mimo to wybrałem się na rower? Tak, bo cztery dni przerwy to było już aż nadto długo. Asfalt co prawda był suchy, ale zjeżdżając na polne drogi, musiałem uważać, żeby nie wywinąć orła.
A w wywijaniu orłów mam już troszkę doświadczenia, bo kilka razy się zdarzyło. Dokładnie, z tego co pamiętam, trzy. A ten jeden raz, jak może niektórzy pamiętają, zakończył się operacją ułamanego kciuka…




Ten jeden jedyny dzień od bardzo dawna, kiedy w końcu chmury ustąpiły czystemu niebu. No, prawie czystemu i bardzo dobrze, że tych kilka chmurek się zostało, bo to one zrobiły robotę na mojej fotce.
Uporczywy wiatr nie ułatwiał fotografowania. Dobrze, że kilka warstw grubej odzieży mnie odpowiednio dociążyło, bo nie wiem, jak by się to skończyło!
