Dobry! Dziś na blogu historia o dziku, który w niedzielny poranek wpadł mi prosto przed obiektyw.
Wybrałem się w plener jeszcze przed świtem. Na miejscu zauważyłem jakieś zwierzę biegające w te i we wte, jakby miało owsiki albo ADHD. Z daleka ta rozmazana plama wyglądała mi na jenota, ale bardzo się myliłem.
Stałem na górce, na dziwnie udeptanej ścieżce. Pomyślałem, że może to właśnie ten zwierz ją udeptał i zaraz będzie wracał tą samą drogą. Ustawiłem wysokie ISO, czas 1/100 s – trochę za długi jak na takie warunki, ale nie było czasu kombinować ani eksperymentować. To było kilka, może kilkanaście sekund. Przykucnąłem i czekałem.
I miałem nosa! Na ścieżce, jakieś dwadzieścia metrów przede mną wyłonił się on – dzik! Spojrzał na mnie i zamarł na ułamek sekundy. Zdążyłem nacisnąć spust migawki, zrobić dwa zdjęcia i… jedno wyszło idealnie! Nie mogłem w to uwierzyć, bo raczej nie mam doświadczenia w fotografowaniu w takich warunkach. A jednak – mam go!









































