Listopadowe skojarzenia

Z czym kojarzy mi się listopad? Właśnie z takimi kolorami jak na poniższych zdjęciach. Głębokie brązy, odrobina złota, zamglone wschody słońca i cisza, która ma w sobie coś magicznego. Z długimi spacerami po zakątkach, gdzie rzadko stąpa ludzka stopa. Z rześkim powietrzem i intensywnymi zapachami natury, potęgowanymi przez wilgoć.

Wiem, że w rzeczywistości listopad często wygląda inaczej, ale zdarzają się w nim i takie dni, a właściwie poranki, jak ten opisany powyżej słowami i pokazany na zdjęciach poniżej.

Każda chwila

W listopadzie, kiedy dzień krótki, a ciemno jest i przed, i po pracy zawodowej, trzeba łapać każdą chwilę względnie ładnej pogody. Nie wyobrażam sobie siedzieć w czterech ścianach w weekend, kiedy nie pada deszcz, bo to właściwie jedyna przeszkoda do wyjścia, i to tylko wtedy, gdy leje naprawdę solidnie. A jeśli prognozy w tygodniu zapowiadają się przyzwoicie, to od czego są urlopy? W końcu po coś się je ma, właśnie na realizowanie swoich zainteresowań i hobby.

A w temacie poniższych zdjęć, to jeden z ostatnich delikatnych poranków z miękkim, subtelnym światłem. Spędziłem go nad zalewem w Kamionce i było dokładnie tak, jak lubię, cicho, spokojnie i z klimatem.

Tylko czerwień

Niedziela rano. Nie mogłoby być inaczej — skoro dzień wolny od pracy, to wiadomo, że nie wyleguję się w łóżku. Co prawda jeszcze wczoraj byłem wykończony po porannych fotospacerach, rowerowej wyprawie i kilometrach biegania, ale po ośmiu godzinach snu obudziłem się jak nowo narodzony. Wystarczyło wrzucić coś na ruszt, wyciągnąć rower i ruszyć w drogę.

Czułem, że przy tak wietrznej pogodzie, jeśli tylko chmury trochę się rozstąpią i pozwolą słońcu się podświetlić, to nie ma innej opcji niż czerwony wschód. I się nie zawiodłem! W takich okolicznościach jechało się naprawdę przyjemnie. No, przynajmniej na początku, bo potem zrobiło się ponuro. Ale co tam — nadal fajnie się jechało.

Światło dopisywało

Jak zacząłem listopad? Wstałem o piątej rano, wrzuciłem aparat do torby i ruszyłem na spacer. Temperatura lekko na minusie, a poranne słońce musiało zrobić mi dobrze na samopoczucie.

Dopóki światło dopisywało, krążyłem po moich ulubionych zakamarkach i nie szczędziłem karty pamięci w aparacie. Ani w smartfonie, bo powstało też sporo klipów do filmów. Zresztą co ja się będę rozpisywał, sami zobaczcie pierwszą dawkę zdjęć!

Ostatni dzień października

Całą drogę było pochmurno, ale łut szczęścia sprawił, że rozchmurzyło się dokładnie wtedy, gdy dotarłem na tę miejscówkę. Rozległy widok na nasze, może niezbyt wysokie, ale malownicze pagórki i doliny wyglądały bajecznie. Kolory nabrały głębi dzięki niskiemu, porannemu światłu słońca. Chwilę wcześniej pokrapywał deszczyk, dlatego na jednym ze zdjęć udało się uchwycić delikatną tęczę.

Kolejna przejażdżka, która na długo pozostanie w pamięci – właśnie za te niezwykłe, jesienne krajobrazy. A jutro wkraczamy w kolejny miesiąc, listopad. Jaki będzie? Pogodny? Mokry? Deszczowy, czy suchy? Pewnie wszystkiego po trochu.

Już ciemno

Odwiedzić wszystkie znane miejscówki jesienią? Niemożliwe. Musiałaby trwać co najmniej trzy miesiące! A tu nie dość, że trwa dużo krócej, to jeszcze pogoda rzadko dopisuje, a dzień robi się coraz krótszy. Przed zmianą czasu na zimowy po pracy zostawało niespełna dwie godzinki światła, a teraz, gdy wracam, jest już prawie ciemno. Na fotografowanie i podziwianie resztek jesieni pozostaną więc tylko weekendy.

Ten moment

Zabrałem ze sobą teleobiektyw i to był świetny pomysł. Czasem nie mam ochoty spacerować z ciężarem na ramieniu, ale tym razem przydał się wyjątkowo. Kiedy zza chmur co jakiś czas delikatnie przebijało się słońce, oświetlając wybrane fragmenty krajobrazu na odległych wzgórzach Pogórza Strzyżowskiego, już wiedziałem, że zdjęcia będą udane. Na ile oczywiście udało mi się uchwycić ten jesienny spektakl światła i cieni – to już ocenią oglądający.

Bo widać chyba dokładnie, jak jesień potrafi bawić się światłem. Dom pośrodku doliny wygląda, jakby znalazł się w samym sercu spokoju, otulony złotymi drzewami i miękkim popołudniowym światłem. Gdzieniegdzie widać jeszcze zieleń pól, która pięknie kontrastuje z ciepłymi barwami lasu. Idealny moment dnia z najpiękniejszym światłem.

Brzoza i dąb

Miejscówkę odkryłem dokładnie rok temu, w październiku, podczas jednej z wypraw rowerowych po polnych ścieżkach. Wtedy również było tam kolorowo, ale chyba nie aż tak, jak dziś. Tym razem trzeba było chwilę poczekać na przebłyski słońca, bo po południu chmury próbowały zdominować niebo.

A kiedy w końcu się rozstąpiły, wszystko zapłonęło ciepłymi barwami. Złota brzoza po prawej aż lśniła w promieniach słońca, a dąb obok wyglądał, jakby pozował specjalnie do zdjęcia. W tle widać jesienny las, który wciąż jeszcze nie stracił swojego uroku. Takie chwile przypominają, że jesień potrafi być naprawdę spektakularna – wystarczy tylko trafić w ten jeden właściwy moment.

Czerwone

A tak sobie jeżdżę i szukam najbarwniejszych drzew. Gdy już jakieś wypatrzę, zsiadam z roweru, obchodzę je i fotografuję ze wszystkich stron. Ale musi być naprawdę wyjątkowe – takie fotogeniczne, jak to ze zdjęć poniżej, które robiłem w ubiegłym tygodniu. Czułem, że znowu będzie czerwone, bo i rok temu tak było. Udało się trafić w idealny moment, kiedy liście były już maksymalnie przebarwione, a jeszcze nie opadły.

Korzystajmy

Wróciła ładna pogoda – poranek bezchmurny, a popołudnie tylko z nielicznymi chmurami. Przyjemna, dwucyfrowa temperatura i niezbyt zimny wiaterek. Idealne warunki do wędrowania po naszym Pogórzu Strzyżowskim. Dziś nie rower, a na własnych nogach.

Po porannej dziewięciokilometrowej przebieżce sił zostało tylko na spacer, a i na jutro przydałoby się nieco energii, bo jeśli tylko pogoda dopisze, to trzeba odpalić i rower. Korzystać, korzystać i jeszcze raz korzystać z pięknej aury!