Z powrotem zrobiło się szaro i buro. Najczęściej pochmurno, choć w mijającym tygodniu trafiły się też chwile z nieśmiałym słońcem. Jedyne, co potrafi ubarwić grudniowy krajobraz, to kolorowe zachody słońca.



Z powrotem zrobiło się szaro i buro. Najczęściej pochmurno, choć w mijającym tygodniu trafiły się też chwile z nieśmiałym słońcem. Jedyne, co potrafi ubarwić grudniowy krajobraz, to kolorowe zachody słońca.



Najnowsze prognozy pogody wskazują na najbliższe dwa tygodnie bez śniegu. Z dodatnimi temperaturami i zmienną pogodą. Wiatr – bez wiatru, deszcz – bez deszczu, chmury – słońce. No może tego słońca dużo nie będzie, ale miejmy nadzieję, że jednak odrobinę się pojawi.
A jak zmienna pogoda, to szansa, choć pewnie niewielka, na piękne wschody i zachody słońca. Problem jest tylko jeden – jak wschodzi, to ja już jestem w pracy, a jak zachodzi, to ja z niej dopiero wracam…



Przeglądałem ostatnio zdjęcia i wpadły mi w oko te trzy kadry zrobione podczas śnieżycy. Sarny kręciły się po polu, szukając czegokolwiek do jedzenia. Mimo opadów potrzebowały pożywienia może nawet bardziej niż zwykle, bo zimny wiatr i ziąb dawały im w kość. Co najlepsze, wszystko działo się dosłownie kilkadziesiąt metrów od domu, więc nawet nie musiałem ruszać się z podwórka.
Patrząc na nie miałem wrażenie, że natura działa według własnego, nieomylniego planu. Jestem o te zwierzaki spokojny, to przecież nie ich pierwsza zima, a dzika fauna radzi sobie lepiej, niż nam się wydaje. A ja tylko łapię te krótkie momenty, zanim zatrze je kolejna warstwa białego puchu.



Pozwolę sobie wrócić wspomnieniem do końcówki października i mojego spaceru po niezwykle malowniczych terenach Pogórza Strzyżowskiego. Wyczekane wtedy chwile ze słońcem przyniosły prawdziwy wybuch barw, które w tym świetle stawały się jeszcze bardziej wyraziste.
Rześkie powietrze, przyjemna temperatura, a złote światło tak miękkie, że nawet zwykłe krzaki wyglądały na egzotyczne. No i oczywiście wróciłem z kartą pełną kadrów, które teraz podczas szarugi dodają nieco optymizmu.




Jesień potrafi zaskoczyć nie tylko kolorem liści, ale i tym, kogo można spotkać na polnej drodze. Jadę sobie spokojnie rowerem, a tu przede mną ekipa jak z dawnego podręcznika do przyrody – ludzie, koń i wóz wypchany zielonym dobrem.
Patrzę na to i myślę, że taka robota w terenie ma swój urok, zwłaszcza że sam kiedyś przy tym pomagałem. Co prawda nie wspominam tego za dobrze, bo prawdę mówić za dzieciaka wolałem każde inne zajęcie niż praca w polu. Ale wspomnienia wróciły.
Wtedy aparatu nie miałem (a jeśli nawet były, to nie w moich rękach), więc tym fajniej, że teraz (jesienią) udało się złapać taką scenę.

Pozwólcie, że wspomnę jeszcze o zimowym incydencie sprzed półtora tygodnia. Podczas trzeciego dnia opadów wybrałem się na spacer po lesie i zastałem tam prawdziwie bajkowy klimat. Niestety ciężki śnieg połamał wiele drzew i obawiam się, że straty w lasach będą spore.
W taką pogodę wydawało mi się, że będę w lesie sam, ale na ten sam pomysł wpadło wielu innych ludzi, być może przez przerwy w dostawie prądu. W domu nie było nic do roboty, a w lesie było tak pięknie.



Śniegu już niewiele, a miejscami wcale. Może to i lepiej, bo to dopiero początek grudnia. Na prawdziwy śnieg być może przyjdzie dopiero czas. Choć ja nie miałbym nic przeciwko dodatnim temperaturom utrzymującym się dłużej.
Spacer po lesie zaowocował kilkoma kadrami, a że trafiłem na nieliczne przebłyski słońca, to mamy i fajne światło na nich.




Tylko na to czekałem. Aż w końcu wyjrzało choć odrobinkę słońca. Śledziłem układ chmur w aplikacji pogodowej tak, jak inni zapewne śledzili promocje na Black Friday, a rowerowe ciuchy leżały sobie i śledziły wzrokiem mnie. Gdy tylko pojawiły się pierwsze przebłyski, pięć minut później już siedziałem na siodełku.
Dwie godziny. Dokładnie tyle zajęła mi droga i dokładnie tyle czasu świeciło słońce. Po 13 dniach przerwy tego mi trzeba było. I nawet nie straszne mi były tylko 2 stopnie na plusie, bo byłem rozgrzany samym entuzjazmem.
Wpadła tylko jedna fotka, tak fajnie się jechało, że nie chciało się zatrzymywać. Jutro chyba znowu to zrobię.

Zaglądnijmy jeszcze do wierzb po sąsiedzku. Jak tam u nich wyglądała zima? No sami zobaczcie. Zacnie, tak mi się wydaje.
A ja, jak zwykle, lubię tam być, słuchać ciszy. Idealne miejsce, żeby odetchnąć i choć na chwilę przestawić się na tryb „nic nie muszę”.



Śnieg znika, a ja jeszcze wspominam miniony weekend. Wydawało się, że sobota była kulminacją opadów, ale dopiero w niedzielę dosypało naprawdę konkretnie.


