W niedzielny poranek postanowiłem porzucić rower na rzecz własnych nóg i butów. Skoro świt wybrałem się na spacer z aparatem – pora była w końcu odkurzyć lustrzankę, bo leżała zapomniana już od dłuższego czasu. Wschód słońca jak zwykle nie zawiódł, a samotne chwile wśród pól o tak wczesnej porze miały w sobie coś magicznego.
Niestety magia skończyła się szybciej, niż bym chciał. Chwilę po wschodzie obudziły się wszelkiej maści bąki i gzy. Atakowały z każdej strony, nie dając ani chwili wytchnienia.
Zamiast kontemplować naturę, musiałem przyspieszyć kroku, wymachując gałęzią jak w jakimś dziwnym rytuale odstraszania duchów. Gałązka trochę pomagała, ale i tak przez godzinę czułem się bardziej jak krwiodawca niż fotograf.



