Środowy wieczór. Powietrze niemal nieruchome, termometr wskazuje okolice zera stopni. Z oddali dobiega monotonny dźwięk pracujących maszyn – trwa budowa drogi i chodnika. Kilkaset metrów ode mnie pasą się sarny, nieświadome, że za moment staną się razem ze mną świadkami niezwykłego widoku.
Wybieram starannie miejsce – około pięćset metrów od drzewa, które wraz z księżycem ma odegrać główną rolę w tym fotograficznym spektaklu. Właśnie tu chcę uchwycić wschodzący księżyc w pełnej okazałości.
Dzięki dystansowi i perspektywie wschodzący księżyc wydaje się ogromny. W myślach mam już ułożoną kompozycję – muszę znaleźć idealne ustawienie tak, by tarcza księżyca znalazła się dokładnie za drzewem. Na szczęście mam swobodę ruchu, mogę przemieszczać się w prawo i w lewo. Gdy księżyc wznosi się i niemal stapia z sylwetką drzewa, aparat rejestruje ten ulotny moment.

