Zbieranina

Dziś mam dla Was małą zbieraninę pojedynczych fotek, które zrobiłem ostatnio tu i tam – podczas jazdy rowerem albo spacerów.

Obok urokliwych wierzb z pierwszego zdjęcia przejeżdżałem dość często, ale dopiero ostatnio się zatrzymałem, żeby zrobić zdjęcie. Fajnie, że ktoś o nią dba i regularnie je ogławia.

Drugie ujęcie to nasze lokalne „Lazurowe Wybrzeże”. Serio – tak się nazywa. I czasami, przy odpowiednim świetle i o odpowiedniej porze, woda faktycznie wygląda jakby była wyjęta z folderu wakacyjnego.

A sana i kuliboda? Spotkani zupełnie przypadkiem podczas jednego z ostatnich spacerów niedaleko domu.

Ptaki

Rzadko ostatnimi czasy wrzucam lustrzankę do sakwy i raczej fotografuję ajfonem, jednak kiedy już ją zabiorę, to bywa, że przejedzie ze mną całą trasę nieużywana . A czasem się przydaje – chociażby do ptaków 🐦, które gdzieś tam po drodze spotykam.

Zazwyczaj uciekają przede mną, zanim zdążę się zatrzymać i wyciągnąć sprzęt, ale kilka razy udało się je złapać w przyjemnych dla oka okolicznościach.

Jeżu

Tak czułem, że w ogródku mieszkają jeże — przecież nie mam tam idealnego porządku. Części w ogóle nie koszę, gdzieś tam zalegają sterty starych liści. Kilka razy zdarzyło się nawet, że wysiadywała tam jajka dzika kaczka. Musi to być również raj dla jeży.

Tego mojego zauważyłem z okna i w te pędy zabrałem aparat, po czym pobiegłem go sfotografować. Zastałem go, jak gdyby nigdy nic, pił sobie wodę ze strumienia. Podkradłem się i urzeczony tym widokiem zapomniałem o fotografowaniu. Kiedy się ocknąłem, jeż wracał już do swojego legowiska. Na odchodnym udało się jeszcze zrobić fotkę, a ten dziad jeden wystawił mi na do widzenia język…

Ścieżki dzikiego zwierza

Sobotni poranek. Już kilkanaście minut po piątej byłem w lesie, a w planie był co najmniej dziesięciokilometrowy spacer. Było wilgotno, zimno i pochmurno. Na dodatek ciemno. To nic – potrzebowałem trochę czasu spędzić na łonie natury. Bez szumu i zgiełku. Wsłuchując się w śpiew ptaków i poszczekiwania saren.

Na szyi dyndał aparat, bo a nuż jakiś dziki zwierz przetnie moje ścieżki. A raczej ja jego… I tak się stało – udało się uwiecznić kilka saren spotkanych po drodze.

Klapnięte uszko ma

To był zimny, pochmurny i ciemny wieczór. Mało światła i ponuro – w sam raz na nostalgiczny spacer po okolicznych polach. Nie padało, więc wystarczyło się dobrze ubrać, zawiesić na szyi aparat z teleobiektywem i w drogę.

Tego właśnie wieczoru spotkałem między innymi poniższego sarna. Zauważył mnie już z daleka (zdjęcie 1), ale wykorzystując zasłonę z krzaków, postanowiłem podkraść się bliżej. On cały czas mnie obserwował, ale udało się zrobić zdjęcie z bliższa. Wtedy okazało się, że ów sarn klapnięte uszko ma (zdjęcie 2)!

Po chwili pobiegł w swoją stronę, ale zatrzymał się, by jeszcze raz zerknąć w moją stronę (zdjęcie 3). Widocznie zaintrygowałem go czymś równie mocno, jak on mnie tym swoim klapniętym uszkiem…

Dzik – mam go!

Dobry! Dziś na blogu historia o dziku, który w niedzielny poranek wpadł mi prosto przed obiektyw.

Wybrałem się w plener jeszcze przed świtem. Na miejscu zauważyłem jakieś zwierzę biegające w te i we wte, jakby miało owsiki albo ADHD. Z daleka ta rozmazana plama wyglądała mi na jenota, ale bardzo się myliłem.

Stałem na górce, na dziwnie udeptanej ścieżce. Pomyślałem, że może to właśnie ten zwierz ją udeptał i zaraz będzie wracał tą samą drogą. Ustawiłem wysokie ISO, czas 1/100 s – trochę za długi jak na takie warunki, ale nie było czasu kombinować ani eksperymentować. To było kilka, może kilkanaście sekund. Przykucnąłem i czekałem.

I miałem nosa! Na ścieżce, jakieś dwadzieścia metrów przede mną wyłonił się on – dzik! Spojrzał na mnie i zamarł na ułamek sekundy. Zdążyłem nacisnąć spust migawki, zrobić dwa zdjęcia i… jedno wyszło idealnie! Nie mogłem w to uwierzyć, bo raczej nie mam doświadczenia w fotografowaniu w takich warunkach. A jednak – mam go!

Leśne spotkanie z królowymi kniei

Niedzielny poranek nie zapowiadał się obiecująco – padający i szybko topniejący śnieg, pochmurno i ponuro. Idealna pogoda, żeby zostać w łóżku… ale to oczywiście nie dla mnie! Skoro świt ruszyłem na długi spacer do lasu, uzbrojony w aparat i teleobiektyw, licząc na jakieś ciekawe spotkanie.

Przez długi czas nic się nie działo – puste ścieżki, cisza, ani śladu dzikich mieszkańców lasu. Powoli zaczynałem myśleć, że tym razem dzikie zwierzęta postanowiły się ukryć. W pewnym momencie chciałem skręcić w jedną z dróżek, ale coś mnie tknęło – poszedłem w drugą stronę. I to była najlepsza decyzja tego dnia! Nagle, tuż przede mną, ukazało się spore stado łań.

Kilkadziesiąt metrów dalej – kolejne! Stanąłem jak wryty, wstrzymałem oddech, by ich nie spłoszyć. Aparat poszedł w ruch i… zanim się obejrzałem, miałem 240 zdjęć! Oczywiście z tego wszystkiego wybrałem tylko kilka najlepszych, ale sama chwila była warta każdego ujęcia.

Sarna uratowała kadr

Niedzielny wieczór, moim zdaniem, zapowiadał się ciekawie. Układ chmur wskazywał na możliwość pojawienia się pięknych kolorów na niebie. Niestety, po wyjściu na wzniesienie zobaczyłem, że tylko wąski pas nad horyzontem nabrał pomarańczowego koloru.

Czekałem i czekałem, ale nic więcej się nie działo. Chcąc nie chcąc, wycelowałem obiektyw w tamtą stronę, kiedy zauważyłem… uszy. Tak, uszy. A zaraz za nimi zaczęła pokazywać się sylwetka sarny. Już się bałem, że szedłem taki szmat drogi na darmo, ale jak wiadomo – każda sarna czyni kadr wyjątkowym. 🙂