Sarna życia i dom w którym nikt nie mniszka

Czy to najlepsze zdjęcie sarny, jakie udało mi się zrobić? Nie wiem, ale bardzo mi się podoba. Powstało w sumie przypadkiem, bo na aparacie miałem ustawiony zbyt długi czas. Gdy sarna puściła się pędem, musiałem za nią podążać obiektywem, czyli zrobić tzw. panoramowanie. Ku mojemu zdziwieniu udało się i powstało całkiem fajne, dynamiczne ujęcie.

Dodam, że na drugim zdjęciu jest ta sama sarna chwilę wcześniej, zanim postanowiła się jednak ewakuować. Na kolejnym widać klimat miejsca, gdzie ją spotkałem, a ostatnie zdjęcie to opuszczony dom w tej samej okolicy. Odkryłem go rok temu i wróciłem tam o poranku, żeby złapać to piękne światło.

Sarny

Na spacerach i rowerowych przejażdżkach coraz częściej trafiam ostatnio na sarny. Mam wrażenie, że jest ich teraz zdecydowanie więcej niż jeszcze kilka tygodni temu. Co ciekawe, zimą prawie ich nie widywałem, a przecież gdzieś musiały być.

Teraz jest ich naprawę sporo. Podejrzewam, że to kwestia końca zimy i większej aktywności zwierząt. Coraz częściej wychodzą na pola i łąki w poszukiwaniu jedzenia, a przy okazji łatwiej je zauważyć, bo roślinność jest jeszcze niska. Tak czy inaczej, takie spotkania zawsze są miłym dodatkiem do spaceru czy wycieczki rowerowej.

A skoro aparat miałem pod ręką, to kilka kadrów z tych spotkań udało się oczywiście przywieźć do domu.

One i ja w szoku

Na początku uciekały jak szalone. Przebiegły niedaleko mnie tak, że przez chwilę myślałem, że mnie staranują. A one co? Zatrzymały się kilkadziesiąt metrów dalej i zaczęły mi się badawczo przyglądać.

Ja cały czas w szoku aparat trzymałem zawieszony na szyi pod kurtką. Bałem się drgnąć, żeby ich nie wystraszyć. W końcu sięgnąłem po aparat, pozwoliły sobie zrobić kilka zdjęć i dopiero wtedy niespiesznie się poodwracały i potruchtały dalej.

Znów śnieg

Po tygodniu z dodatnimi temperaturami zima wróciła na nowo. Jeszcze wczoraj szusowałem na rowerze, a dziś brnąłem po kostki w świeżym śniegu. Długa ta zima w tym roku, ale tak to bywa w naszym klimacie. Nigdy nie wiadomo, jakiej pogody można się spodziewać w dłuższym okresie.

Wracając do mojego brnięcia w śniegu, wybrałem się oczywiście do lasu z aparatem i w końcu trafiłem na sarny gotowe do pozowania. Stęskniłem się za nimi, bo ostatnio naprawdę rzadko je spotykam. Pewnie dlatego, że nie czyham już na nie z aparatem tak często jak dawniej.

Tym razem natknąłem się na kilka stadek, ale jak widać tylko nieliczne chciały zaistnieć na moim blogu.

Sarny w śniegu

Przeglądałem ostatnio zdjęcia i wpadły mi w oko te trzy kadry zrobione podczas śnieżycy. Sarny kręciły się po polu, szukając czegokolwiek do jedzenia. Mimo opadów potrzebowały pożywienia może nawet bardziej niż zwykle, bo zimny wiatr i ziąb dawały im w kość. Co najlepsze, wszystko działo się dosłownie kilkadziesiąt metrów od domu, więc nawet nie musiałem ruszać się z podwórka.

Patrząc na nie miałem wrażenie, że natura działa według własnego, nieomylniego planu. Jestem o te zwierzaki spokojny, to przecież nie ich pierwsza zima, a dzika fauna radzi sobie lepiej, niż nam się wydaje. A ja tylko łapię te krótkie momenty, zanim zatrze je kolejna warstwa białego puchu.

Jeleń i mgła

Końcówka września. Bezwietrznie, spokojnie, cicho i mgliście. To był poranek, który postanowiłem poświęcić na spacer po lasach i leśnych polanach. Miękkie światło otulało okolicę i mnie samego. Poranna rosa omiatała buty. Gumiaki były od niej czyściutkie, jakbym szedł po wodzie. Podświadomie stawiałem kroki bardzo ostrożnie. Nie chciałem zmącić tej wszechobecnej ciszy.

Wtem, kilkadziesiąt metrów przede mną, bezszelestnie jak ja pojawił się jeleń. Nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Spacerował, tak jak ja, cicho, samotnie i w zamyśleniu. Czy on też potrafi cieszyć się widokami? Hm…

Jelenie

W sobotę rano pogoda była nijaka – chmury, ciemno, bez mgły i bez słońca. No ale skoro już się obudziłem, to szkoda było marnować czas, więc ruszyłem na spacer po lesie. I dobrze zrobiłem, bo na dzień dobry trafiłem na stadko jeleni, a wśród nich wyróżniał się jeden naprawdę dorodny byk.

Niestety, zanim zdążyłem podejść bliżej, całe towarzystwo uciekło w krzaki, ale kilka pamiątkowych zdjęć udało się zrobić. Serce zabiło szybciej, adrenalina skoczyła, a przez chwilę miałem wrażenie, że to las obserwuje mnie, a nie ja jego. Takie spotkania przypominają, dlaczego warto czasem wstać z łóżka, nawet gdy pogoda mówi: „zostań pod kołdrą”.

Zagięcie rzeczywistości

Idę sobie spokojnie, raz zerkam po okolicy, raz w niebo, i nagle – coś mi się nie zgadza. Linie niby proste, ptaki siedzą jakby nigdy nic, a jednak całość wygląda tak, jakby świat się lekko załamał. Wtedy przyszło mi do głowy, że może właśnie udało mi się zobaczyć to legendarne „zagięcie rzeczywistości”. Żadnych efektów specjalnych – tylko słupy, kable i dwa myszołowy.

Kadr wypatrzyłem zupełnym przypadkiem. Takie momenty są najlepsze – niczego się nie spodziewasz, a nagle trafia się obrazek, który aż prosi się o zatrzymanie. Zwykły drut zamienia się w linię wszechświata, a para ptaków staje się strażnikami równowagi. Chyba tylko one wiedzą, czy to naprawdę ugięcie liny, czy może już błąd w Matrixie.

Zdjęcie niby zwykłe, a jednak ma w sobie coś, co sprawia, że człowiek zaczyna kombinować. Może świat rzeczywiście czasem się lekko wygina, tylko my tego nie zauważamy? A może to my się uginamy, kiedy patrzymy na takie drobiazgi? Jedno jest pewne – codzienność potrafi zaskoczyć, jeśli tylko damy jej szansę.