Sarna życia i dom w którym nikt nie mniszka

Czy to najlepsze zdjęcie sarny, jakie udało mi się zrobić? Nie wiem, ale bardzo mi się podoba. Powstało w sumie przypadkiem, bo na aparacie miałem ustawiony zbyt długi czas. Gdy sarna puściła się pędem, musiałem za nią podążać obiektywem, czyli zrobić tzw. panoramowanie. Ku mojemu zdziwieniu udało się i powstało całkiem fajne, dynamiczne ujęcie.

Dodam, że na drugim zdjęciu jest ta sama sarna chwilę wcześniej, zanim postanowiła się jednak ewakuować. Na kolejnym widać klimat miejsca, gdzie ją spotkałem, a ostatnie zdjęcie to opuszczony dom w tej samej okolicy. Odkryłem go rok temu i wróciłem tam o poranku, żeby złapać to piękne światło.

Jeszcze tam wrócę

Niedzielna przejażdżka rowerowa to nowe tereny, które choć oddalone zaledwie o 20–30 kilometrów od domu, nigdy nie zostały przeze mnie zeksplorowane rowerem. Po tej jeździe dotarło do mnie dlaczego – sporo tam stromych podjazdów, a drogi prowadzą głównie terenami zabudowanymi.

Niemniej oczywiście nie żałuję, tym bardziej że trafiłem na dwie klimatyczne kapliczki oraz kilka kilometrów tras prowadzących przez las. Do tych leśnych odcinków mam plan wrócić, gdy kondycja będzie w szczycie, a do kapliczek też chcę jeszcze zajrzeć, ale o poranku lub, jeszcze lepiej, wieczorem, kiedy światło będzie zdecydowanie zacniejsze.

Wiatrak i nie tylko

Weekend spędziłem na dwóch niespełna pięćdziesięciokilometrowych przejażdżkach rowerowych, a jedna z nich, sobotnia, to między innymi wizyta przy wiatraku w Różance. Lubię tam zajechać, zwłaszcza rano, bo to miejsce ma swój niepowtarzalny klimat.

Niby nic takiego – ot stary wiatrak, choć sumiennie odrestaurowany. Ale poza tym widoki stamtąd są naprawdę zacne na pobliskie wzgórza Różanki i Grodziska.

Szlakiem kapliczek

Sobota była kolejnym dniem bez jednej chmury na niebie. Ale przynajmniej rano nie było przymrozku, co pozwoliło krótko po świcie wyruszyć w drogę. Tym razem wybrałem się na południe, gdzie jest więcej pagórków, ale i po górkach jeździ się fajnie, bo co prawda pod górę jest ciężko, ale z górki można odpocząć.

Po drodze przystanąłem na chwilę przy kilku przydrożnych kapliczkach.

Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej III

Chodźcie ze mną jeszcze raz do Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej. Tym razem na kilku zdjęciach zobaczycie „nowe” budynki, które pojawiły się tam najprawdopodobniej na potrzeby jakiejś produkcji filmowej.

Muszę przyznać, że to właśnie tam podobało mi się najbardziej – te zabudowania idealnie oddają klimat dawnej epoki. Drewniane ściany, stare dachy i światło zachodzącego słońca tworzyły sceny, które wyglądały jak kadr z filmu.

Spacerując między tymi domami, można było na chwilę zapomnieć o współczesności. Cisza, zapach drewna i delikatny wiatr sprawiały, że człowiek miał ochotę usiąść na progu i po prostu patrzeć, jak dzień powoli gaśnie.

Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej II

Pogoda jest, jaka jest – i muszę się przyznać, że przez ostatni tydzień nie zrobiłem ani jednego zdjęcia. Byłem co prawda raz na rowerze, ale był to wyjazd całkowicie „bezzdjęciowy”. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak sięgnąć do archiwum i pokazać kolejne kadry z ubiegłotygodniowego spaceru po Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej.

Tym razem na pierwszy plan wysuwają się młyny wiatrowe – pięknie zachowane i z duszą. Wieczorne światło miękko otulało drewniane konstrukcje, a ciepły blask zachodzącego słońca sprawiał, że każdy szczegół wyglądał jak z innej epoki.

Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej I

Ile to już lat minęło, odkąd ostatni raz tam byłem…? Sporo tych latek! Mowa o Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej. Pogodne, wrześniowe popołudnie to idealny czas na wizytę — piękne, niskie słońce i światło rozproszone w powietrzu przesiąkniętym niedawnym deszczem robiły swoje.

Do tego miejsca na pewno jeszcze wrócę — nie sposób pokazać wszystkich zdjęć w jednym poście.

W mieście

Nikt by się nie spodziewał, że pojawią się tu zdjęcia z centrum miasta. Przecież Witek zwykle trzyma się z dala od takich miejsc – woli las, pola i rower. Fakt, nic się tu nie zmieniło, ale w niedzielę, będąc przejazdem w okolicy Tarnowa, skusiliśmy się z pierwszą żoną na spacer po starówce.

I było naprawdę fajnie – piękne światło do zdjęć, mało ludzi i samochodów. Czyli prawie jak w lesie. Dałem radę, a przy okazji oczywiście zrobiłem kilka zdjęć.

Kaplica św. Bartłomieja w Pstrągowej, Brzeziu

Wieczorne światło zagrało tu jak trzeba — kaplica św. Bartłomieja z Brzezia zrobiła się o tej porze niesamowicie klimatyczna. Niby zwykła budowla z XIX w. (ufundowana ok. 1878 roku przez miejscowego gospodarza Bartłomieja Fortunę jako wotum po przyjęciu do III Zakonu św. Franciszka), ale otoczenie pól i starych lip dodaje jej wyjątkowego charakteru.

Kapliczka stoi w szczerym polu, z dala od zabudowań, przy mało uczęszczanej polnej drodze. Panuje tam cisza i spokój, nie ma ludzi, a jeśli ktoś się zatrzyma, może usiąść na trawie i po prostu kontemplować to wszystko.

Ja po prostu poszedłem tam wieczorem tą polną drogą, a światło trafiło idealnie i z której strony bym jej nie fotografował, wyglądała klimatycznie i wręcz bajkowo. No… przynajmniej mnie tak się wydawało.

Nepomucen

Ile to trwało? Pewnie nie dłużej niż kilkanaście minut. Skończyłem właśnie bieganie po lesie i ruszyłem samochodem w stronę domu. Wtedy zobaczyłem ten niezwykły spektakl na niebie.

„Co to za kolor w ogóle jest?” – pomyślałem. Nie umiałem go nazwać, ale zacząłem zastanawiać się nad jakimś najbliższym miejscem do zrobienia zdjęcia. „Kawałek dalej jest Nepomucen” – przypomniałem sobie i mocniej nacisnąłem pedał gazu.

Zdążyłem w sam raz, bo chwilę później wszystko zaczęło gasnąć, a ja zostałem z cyfrowo zarejestrowanym obrazem.