Odkąd z przymusu rower poszedł w odstawkę, częściej sięgam po aparat i wybieram się na zachody słońca. Co prawda nie tak regularnie, jak kiedyś, ale kilka razy udało się zmobilizować i… proszę bardzo – oto efekty.
Tym razem trafiłem idealnie – tuż po zachodzie niebo zagrało cudownymi kolorami. Taki spektakl to najlepszy motywator, żeby jednak ruszyć się z domu, nawet gdy na przykład po bieganiu chciałoby się tylko leżeć.
Oczywiście nie trzeba jechać daleko, żeby złapać magię. Wystarczy odrobina chęci, aparat i niebo, które akurat ma ochotę się popisać.



