W weekend ze swoich wypraw przywiozłem sporo rowerofotek. Miałem nie tylko pełne nogi, ale i ręce roboty. Oprócz kręcenia korbą doszło pstrykanie zdjęć. Odnosiłem wrażenie, że więcej stoję niż jadę.
Jednak grzechem byłoby nie uwiecznić tych widoków. Widoków, które zmieniały się z kilkometra na kilometr. Poniżej chwila po wschodze słońca z zaskakującą kolorystyką. Chwilę wcześniej prawie wyzionąłem ducha, aby szybko wdrapać się na górkę, więc te zdjęcia mają podwójną wartość 😀



